Link :: 17.06.2010 :: 09:06

Skaza



1.
Nie żyła. Po siedmiokrotnym sprawdzeniu pulsu, przyłożeniu lusterka do jej na wpół otwartych ust i kolejnym stwierdzeniu kompletnego zaniku pracy serca mogłam być tego absolutnie pewna. Leżała zastygła w najbardziej groteskowej pozie, na jaką ją było stać, z twarzą wykrzywioną grymasem, którego nigdy nie chciałaby u siebie oglądać. Bardziej nieżywa nie mogłaby już chyba być. Mogłam więc odetchnąć z ulgą i zatańczyć dziko wokół jej zwłok. Mogłam ryknąć gromko, aż zadrżałyby niebiosa.
Mogłam.
Zamiast tego osunęłam się ciężko na ziemię i ułożyłam wzdłuż niej, równolegle, ramię w ramię, noga w nogę. Leżałyśmy jak za dawnych, szkolnych czasów, jak wtedy, gdy na zielonych łąkach i stertach jesiennych liści godzinami gapiłyśmy się w niebo. Z tym, że teraz ona była martwa.
Perfekcyjnie naostrzony nóż, wbity aż po trzonek, przeorał żyzną glebę jej ciała boleśnie i ostatecznie.
Nie obyło się bez walki, desperackiej i zaciętej. Okazała się o wiele trudniejszym przeciwnikiem niż można było sądzić. W swych kalkulacjach najwidoczniej nie uwzględniłam, jak wielce wola przetrwania wzmaga siłę. Można by rzec, że ją pomnaża. Wielokrotnie.
Teraz trudno było uwierzyć, że w tym ciele, jeszcze przed chwilą szamoczącym się wściekle, nie ma już ani krztyny życia. Że to już... chwila ta momentami zdawała się być zbyt odległa i teraz, gdy w końcu nastała, świadomość tego nie chciała do mnie dotrzeć.
Chyba bałam się uwierzyć.
Wciąż oszołomiona zwycięstwem, z pulsującą w żyłach krwią, przysunęłam się do niej bliżej, trąciłam ją kciukiem w sztywniejące ramię. Ostrożnie.
- No, wstań... – szepnęłam prowokująco. – Wstawaj... Ja i tak Cię pokonam...
Ale ona nie wstawała, rzecz jasna.
- Całe życie chciałam Ci to powiedzieć – zamruczałam, wtulając nos w jej ramię. – Ty suko.
Suka siniała spokojnie, stając się coraz zimniejsza i za nic miała moje wynurzenia.

Całe życie miałaś wszystko. Miałaś mnie. Ale jednego nie mogę Ci wybaczyć... że i on był Twój.
Nic nie obchodzą mnie Twoje kolejne miłosne podboje, które kiedyś stawały mi ością w gardle. Twoje pieniądze, a udław się nimi, nie ziębią mnie ani nie grzeją. Willa z basenem może być i obskurnym barakiem... dla mnie to nie ma znaczenia. Kiedyś, tak, kiedyś to wszystko, co udało Ci się zdobyć, kupić, ukraść, albo po prostu mieć było jak cios wymierzony prosto w twarz, jak przytyk w stronę mojej nędzy i marności, które stawały się jeszcze bardziej jaskrawe. Ale i to wyblakło, kiedy on stał się Twoim mężem.
Bo on był tym, co było kiedykolwiek ważne.
Ale i on należał do Ciebie.
Jak wszystko na tym zasranym świecie.
Jakbyś podpisała akt własności na każdą rzecz, jaką tylko można sobie zamarzyć.
Zapracowałaś więc na coś jeszcze, na coś wielokroć potężniejszego niż wszystkie dobra, które zdołałaś zgromadzić. Na moją szczerą, bezinteresowną nienawiść.
Nie szukaj wrogów daleko... oni są blisko Ciebie. Zaraz obok.
Ty nigdy nie rozumiałaś tak oczywistych prawd.
Im bliżej jestem, tym więcej mogę... bo mam to, co najważniejsze: Twoje zaufanie.
Sama wciskałaś mi broń do ręki każdym poufnym gestem, każdym wypowiedzianym w tajemnicy słowem.
I nie wiedziałaś, że rzucasz je niczym ziarno na nader żyzną glebę.

A teraz Ciebie nie ma, choć to i tak za mało.
Nie jestem w stanie zatrzeć pamięci o Tobie. Sprawić, byś nigdy nie istniała.
To jak z wyrwaniem zęba, wiesz...? Została krwawiąca rana. Ale czyja to krew?

A propos krwi... nabrudziłyśmy nieco.

Sprzątanie i usuwanie zwłok - najbardziej prozaiczna, najmniej ekscytująca część roboty. Entuzjazm jest już na wyczerpaniu; radość ze zwycięstwa nie tak chce się spożytkować; nie nerwową bieganiną, nie panicznym obmyślaniem strategii działania. Nie... nie tak.
Naczytałam się kiedyś całkiem sporo przeróżnych sensacji i kryminałów.
Dziwiłaś się tej pasji.
(Obraz: twarz Twoja. To przedziwne wykrzywienie warg zwane uśmiechem. Spoglądasz na mnie z ukosa, świadoma, jak korzystnie prezentujesz się z lewego półprofilu.
Zaskoczenie. Ty nie czytasz takich rzeczy. Ty się brzydzisz. To nie dla Ciebie, jakieś mordy, intrygi, napady. Twój świat jest jasny i prosty.
Zerkasz na okładkę. Potem na mnie. Twój wzrok kołysze się jak wahadło.
Cudne, mówię. Arcyciekawe! Wartka akcja, skomplikowana fabuła, no cud – miód.
Nawet nie wiesz... (a może nawet i ja nie wiem...?), czym to dla mnie w istocie jest.
Że w gruncie rzeczy to instruktaż.
I że tak naprawdę interesuję się tym na równi z Tobą.)
Teraz zaś, kiedy mam okazję wykorzystać nabyte, choćby jedynie w teorii, wiadomości, nie jestem w stanie zrobić nic. Adrenalina, która zawsze przychodzi i odchodzi zbyt późno, odbija się drżeniem dłoni i kołataniem serca.
Chce mi się wymiotować na myśl, że będę musiała Cię pokroić, poćwiartować jak kurczaka przed niedzielnym obiadem, pozbyć się jak śladów po świeżo wyciśniętym pryszczu.
Wymiotować i nic więcej.

A potem wdech, głęboki haust świeżego powietrza. Mogę żyć na nowo.

Ciebie już nie było. A on… został sam.
Zdruzgotany i łaknący ciepła, pomocy.

To ja byłam przy nim pierwsza, to mój dekolt nawilżał jak suchą ziemię; tak, to straszne, podłe, co za potwór mógł coś takiego...
Razem z nim wypłakiwałam krokodyle łzy... chociaż czasami naprawdę mi jej brakowało.
Jednocześnie uwolniłam pędy, gałązki, oplatając go jak bluszcz... jak pajączek, który wypuszcza nić, bo oto znalazł odpowiednie miejsce na dom.
Cierpiące serce jest najbardziej chętne. Pojemne niczym studnia.

2.
Zawsze jest tak samo.
Mimo upływu czasu nie potrafię inaczej zareagować.
Gdy tylko go widzę serce wykonuje koziołki, głos drży, miękną kolana.
Przeglądając się w jego oczach potrafię dostrzec w sobie piękno.
To, co wydawało się nieosiągalne, okazało się łatwe do zdobycia.
Wciąż zachłystuję się na nowo... mój, nareszcie m ó j.
Pod naciskiem jego dłoni rozrastam się… i ginę.
- Ślicznie wyglądasz, kochanie - odwracam się gwałtownie słysząc jego głos. Stoi w drzwiach, niedbałym gestem poprawiając mankiety wyjściowej koszuli. Obdarzamy się wzajemnymi uśmiechami, z których można spijać czułość i oddanie. Tak, jak chciałam...
Pamięć prześlizguje się swobodnie na strumieniu luźnych wspomnień, jakby studiowała film klatka po klatce, z uwzględnieniem najdrobniejszego gestu.
Jej pogrzeb.
Myślałam, że będą mnie podejrzewać. Choć przez chwilę. Wszystko załatwiły jednak moje łzy. Sprawiły, że z potencjalnej podejrzanej stałam się podporą policji. Bez ograniczeń mogłam ich wodzić za nos. I zając się tym, co naprawdę ważne.
To On zadzwonił pierwszy. Głosem zachrypłym od łez zadał tylko jedno pytanie: wiesz?
Wiem.
Potem płakaliśmy razem. Inaczej, choć równie szczerze...
Płakałam zawsze, gdy tego potrzebował.
I cierpliwie czekałam, aż pojmie ta potrzebę.

Usunąwszy przeszkodę, zyskałam cierpliwość i wiarę. Teraz mogło być tylko lepiej.
I było. Najlepiej jak mogło.

3.
Kolejny ranek u jego boku. Jeden z tysiąca podobnych, a jednocześnie wyjątkowych. Całuję ramię, które wystaje spod kołdry. Cichcem przemykam do łazienki.
Szybki prysznic. Od dłuższego czasu myję się często. Jakaś obsesyjna wręcz myśl zagościła gdzieś na dnie mej świadomości. Uporczywe wrażenie brudu.
Ścieram z siebie całe to przykre wrażenie i nieznośne, zbuntowane myśli.
Chwilowa ulga jest lepsza niż żadna.
Sięgam po balsam, starannie nacieram nogi. Myślami już jestem w łóżku. W miejscu mi należnym.
Pospiesznie odstawiam pojemniczek na półkę. Sięgam po grzebień i wtedy moja uwagę przykuwają dziwne, ciemnoczerwone smugi, które dostrzegam na tym właśnie pojemniczku, a których wcześniej z pewnością tam nie było.
Są także na grzebieniu.
I na brzegu wanny, o który oparłam się, wychodząc z niej.
Odruchowo spoglądam na swe dłonie, na swoje smukłe, zadbane palce, na starannie wymanikiurowane paznokcie. Nie dostrzegam na nich niczego, czego by wcześniej nie było, żadnej skazy czy dodatkowego pieprzyka. Tym bardziej żadnego zadrapania.
A jednak te plamy zadziwiająco przypominają krew.
Kolorem, konsystencją, a także... – nabieram mazi na wskazujący palec i ostrożnie unoszę do ust – także smakiem.
Nagły zawrót głowy ścina mnie z nóg. Na oślep macham rękami, szukam punktu zaczepienia, lecz nie zdaje się to na nic - padam ciężko na podłogę, głową uderzam boleśnie o kant pralki. Zanim zdołam się podnieść, obolała i oszołomiona, krew jest już wszędzie – krwawe smugi na pralce, szponiaste zawijasy na podłodze i zlewie, na ręcznikach.
Krzyczę.
Niemal na czworakach wydostaję się z łazienki. Włosy lepią mi się do twarzy. On dopada do mnie w kilku susach, chwyta w ramiona i unosi niczym piórko,
a przerażenie malujące się w jego oczach można niemal dotknąć.
- Beth! Kochanie, co się dzieje? Skarbie…!
Omdlewającą dłoń przykładam do jego twarzy, przesuwam po tym kochanym policzku, a śladem moich palców wytrwale podążają szkarłatne plamy.

Ty suko...!
Wróciłaś.


09.12.2006


Komentuj (8)


Link :: 24.07.2007 :: 12:22

Lubię deszczem być.


Odautorsko:

Zaniedbałam tę stronę z wielu powodów, których nie warto tu wymieniać. Znowu przerwa w pisaniu, na czas nieokreślony, póki sobie nie przypomnę o mojej, tymczasowo uśpionej, pasji. O ile warto.
Pozdrawiam Was, którzy tu jeszcze bywacie.


Komentuj (7)


Link :: 30.05.2007 :: 23:24

Cienie naszych ułomności


Witaj.
To ja. Ja – i to chyba wystarczy, byś coś o mnie wiedział. Nie chcę, byś czuł się niedoinformowany...
Czasem wystarczy jedno zdanie, by zakrzyczeć ciszę.
Wyznacz mi czas, a przekonasz się, jak wiele mogę dokonać.
Zaufaj mi.
Piszę, bo to dla mnie najlepsza forma komunikacji. Wiem, że lubisz listy. Bardzo lubisz.
Więc czytaj, czytaj, a ja Ci coś opowiem...
Może zacznę tak: wiem o Tobie wszystko. Wszystko.
Śmieszne? Bynajmniej. I bynajmniej mnie to nie cieszy, ale wierz mi – można przywyknąć. Ludzie potrafią przystosować się do najróżniejszych warunków.
Ty teraz czujesz się dobrze. Myślisz o swoim Kimś i o osobie, która ewentualnie mogłaby tego Kogoś zastąpić. Nikt o tym nie wie...
O, rety, nie rób takiej miny. Przecież zostałeś przeze mnie poinformowany, że wiem o Tobie wszystko.
No i cóż... kontynuujmy mój wywód.
Nie wnikam w Twoje marzenia, bo, szczerze mówiąc, nic mnie nie obchodzą. A jednak mam wciąż przed oczami plugawe obrazy Twoich myśli.
Tak – plugawe.
Za chwilę odrzucisz ten list od siebie, z zamiarem powrócenia do jego niezrozumiałej dla Ciebie treści w czasie bliżej nieokreślonym, czyli nigdy, jeśli tylko zabijesz w sobie ciekawość do dalszej lektury i w ogóle pamięć o tym liście. Bo nie będziesz chciał o nim pamiętać.
Ale nie dane Ci będzie zapomnieć.
No i powiedz mi, proszę, dlaczego się trzęsiesz?
Drażni mnie Twój brak odporności. Czy musisz na każdym kroku potwierdzać swoją strachliwość?
Przecież to dopiero początek... To dopiero przystawka, danie główne i deser przed nami, a Ty już pozwoliłeś mi się najeść. Hm... Czyż nie wiesz, że karmisz mnie swoim strachem?
Samotność z konieczności to straszna rzecz. Nawet nie mam zamiaru próbować użyć jakichkolwiek słów do opisania tego stanu. Nie ma takich słów, a przynajmniej ja ich nie znam.
A ludzie obdarzeni niespotykanymi zdolnościami bardzo tą samotność odczuwają. Dobrze, zbyt dobrze wiedzą, co znaczy brak zrozumienia i odrzucenie. Mi te odczucia też nie są obce, nie. Może w pewnym momencie nadmiar złych uczuć i emocji spowodował przekroczenie granicy normalności mojej psychiki? To nie jest dobry pomysł, informować Cię o tym, co wiem. Teoretycznie, nie wolno mi tego robić. W praktyce czuję, że muszę się tym z tobą podzielić, bo mnie to przytłacza i wykańcza i kiedyś, być może, naprawdę przez to sfiksuję.
Na początek trochę obcych Ci faktów z Twojego przecież życia. Siedzisz sobie teraz przy biurku wartym więcej, niż moja miesięczna pensja ( a coś Ty myślał, że ja nie pracuję? ), w prześlicznie, przegustownie i, przede wszystkim, arcydrogo urządzonym domku, tak bezwstydnie zadowolony z siebie i ze swojego życia, w którym niewiele przykrego Ci się wydarzyło...
Nawet rodziców masz udanych... a raczej rodzica, bo wyobraź sobie, że człowiek zwany przez Ciebie ojcem wcale nim nie jest. Przykra sprawa, zatajona przed tobą głównie dlatego, że nie chcieliby informować Cię o tym, iż Twoja wspaniała matka, dama w każdym calu, w młodości niepomiernie się kurwiła. Mocne słowo, przyznaję, ale jak najbardziej odpowiednie. Nie pytaj jej o to, kto jest Twoim prawdziwym ojcem, bo ona sama tego nie wie. Ale ja Ci powiem – nazywał się Bernhard (banalnie, nieprawdaż?) i po dosyć obiecująco rozpoczętej karierze biznesmena został wyrolowany przez wspólnika na ponad 300 tys. zł, (czyli 3 mld, bez denominacji). Biedak załamał się i powiesił. Bywa.
Doprawdy, to żadne sensowne wyjście – przestać czytać. Przecież jesteś tak bardzo ciekaw, co dalej...
Podziwiam Twojego ojczyma – tak bardzo pokochał Twoją matkę, że wyciągnął ją z tego bagna – i kogo z niej uczynił! W związku z tym nie rozumiem, dlaczego ją zdradza. I to z sekretarką! Co za banał i okaz bezguścia!
Mi tam ona osobiście absolutnie się nie podoba – ma zbyt rozłożyste pośladki i odrosty na farbowanych na blond włosach. Ale nie martw się! Wkrótce i Twoja matka dyskretnie powróci do namiastki dawnego życia i w ten oto sposób oboje szczęśliwie dożyją ze sobą późnej starości, cenieni i szanowani...
Ty sam, tak bezczelnie okłamujący ich na każdym kroku – czego dokonasz w swoim życiu?
Kto zliczy te machlojki, to Twoje żerowanie na ich naiwności, podbudowanej dumą ze wspaniałego syna...
Miałeś dość typowe życie rozpieszczanego młodzieńca z ”dobrego domu”: imprezy, panienki na jedną noc...
A Elbe... Pamiętasz ją dobrze, wiem. To była pierwsza kobieta, o której zacząłeś myśleć poważnie... i szybko musiałeś przestać, bo Cię zostawiła. Ale nie gryź się tym! Za pięć lat urodzi dziecko z porażeniem mózgowym, mąż ją zostawi z tego powodu... Nie będzie miała łatwego życia. I niejednokrotnie będzie próbowała je skrócić.
Powróćmy jednak do twojego dzieciństwa... Myślę, że nie robiłeś niczego nadzwyczajnego... Ot, takie tam drobiazgi, typu wyrywanie nóżek owadom, palenie papierosów, namiętna masturbacja... Muszę jednak przyznać, że bardzo brzydko postąpiłeś, gdy jako piętnastolatek rozdziewiczyłeś swoją rówieśniczkę. Aby osiągnąć swój cel spiłeś ją do nieprzytomności, wykorzystałeś, a potem publicznie nazwałeś ją... Pamiętasz? Ona umrze za dwa lata, umrze w samotności.
Nieładnie, bardzo nieładnie...
Pomyśl sobie, jak często tak nieładnie postępowałeś...
Nie mam możliwości przytoczyć tu wszystkie Twoje postępki, dlatego poprzestanę na kilku przykładach.
Czy mógłbyś mi wyjaśnić, dlaczego ”odbiłeś” dziewczynę swojemu przyjacielowi? Ona nic dla ciebie nie znaczyła. Co chciałeś sobie udowodnić?
Nie wystarczyło wiele: Twój urok osobisty i kilka niekorzystnych dla Twojego przyjaciela sytuacji. A potem – potem podeptane, zużyte jej ciało odsunąłeś od siebie jak zepsutą zabawkę. Albo raczej przedmiot, który najnormalniej w świecie Ci się znudził...
Mimo wszystko, on pozostał przy Tobie.
W imię czego?
Czy zdajesz sobie sprawę, że życie tego jakże wrażliwego człowieka przez Ciebie będzie nieustannym pasmem klęsk i niepowodzeń? Jakich słów trzeba użyć, by ci uświadomić, że dzięki Tobie pewnego pięknego dnia wyląduje w pokoju bez klamek?
Ho, ho... drżysz. Coś niesamowitego. Weź głęboki oddech i strzel sobie drinka, jak Ty to lubisz...
Właśnie dlatego odsuwam od siebie Twoje marzenia.
Właśnie dlatego nie chcę ich widzieć.
Zbyt dobrze je znam.
Boję się ich.
Pewnie myślisz, że Cię nienawidzę i to jest motyw, dla którego piszę. Otóż nic bardziej mylnego! Towarzysząc Ci od samego początku Twojej nędznej egzystencji, chcąc nie chcąc trzeba się było do Ciebie przywiązać. To jest jak robienie kupy – proszę wybaczyć porównanie – konieczność, którą właściwie można zaakceptować, a nawet polubić.
Więc – lubię Cię, czuję do Ciebie przywiązanie, choć jak sam sobie z tego zdajesz sprawę, bardziej zasługujesz na nienawiść i pogardę.
Ale nie martw się. Nic złego Ci się nie stanie. Jesteś na to zbyt podły.
A już szczytem było to, co wraz z kolegami zrobiłeś młodej anglicystce w liceum... Zamaskowani, nigdy nie zostaliście odkryci. A ona nigdy już nie przezwycięży strachu i wstrętu; nigdy już nie dopuści do siebie mężczyzny...
Co jej po tym, że przez krótką chwilę miałeś wyrzuty sumienia?
Czy zechcesz towarzyszyć mi w powolnym popadaniu w obłęd? Pomyśl – nic dobrego nas w życiu nie czeka. Moje niezwykłe zdolności są dla mnie przekleństwem, na takim zaś draniu jak Ty życie może w końcu zacznie się mścić.
Szaleństwo może być wybawieniem...
Zgódź się, proszę – we dwoje zawsze jest raźniej. Fakt, różnimy się – ja wiem o Tomie wszystko, a Ty o mnie nic. Ale przecież wszystko można nadrobić!
Nie było możliwości, byś przez te wszystkie lata był świadom mojej obecności. Przyznasz – znakomicie się kryję.
Ale tak już musi być.
Pomyśl, jak wspaniałe wizje przed tobą roztaczam!
Obłęd. Szaleństwo.
Dlaczego ludzie uważają to za zło?
Spójrz, oni krztuszą się normalnością!
Stwórzmy sobie nasz własny świat!
Nasz – czyli piękny, czyli tylko taki, jaki sobie wymarzymy!
Poznamy nowy wymiar piękna.
Nowy – może idealny.
Pewnie ostateczny.
Nie na się co wahać, głupcze!
Ja tylko czekam na sygnał od Ciebie. Na odpowiedni moment. Cierpliwie czekam od lat.
I naprawdę już dłużej nie mogę.
Nadszedł właściwy czas.
Och, proszę, przestań się bać, bo grozi mi śmierć z przejedzenia! He, he... a ja jeszcze nie chcę umierać...!
Czuję, że w końcu dopełni się mój los. Mój, Twój, nasz.
Wybudujmy nasze szczęście na zgliszczach starego, ohydnego życia. Cóż, lepsze takie ( marne ) fundamenty niż żadne.
Była jedna prośba o zaufanie, teraz kolej na następną. Zaufaj mi!
Mimo wszystko zasługujemy na trochę radości!
A zapewniam Cię, że nie doznamy jej w typowo ludzko pojęty sposób.
A Ty się ciągle wahasz... i boisz...
Wiem – Twój lęk i wahanie ma na imię Anja. Piękne imię, wspaniała dziewczyna.
Ale Ty jeszcze nie wiesz, że leci tylko na Twoją forsę. Od początku nieuczciwa, od początku na dwa fronty...
Myślisz, że ją kochasz?
Powiem – trafiła kosa na kamień!
Ale nic to. Nie zapominaj, że zimę mamy mroźną, jakiej nie mieliśmy od lat. Anja, jak już się chyba domyślasz, wcale nie pojechała w odwiedziny do rodzinki... Tyle, że po drodze, na totalnym zadupiu, gdzie o tej porze nikt nie przejeżdża, stanął jej silnik. Tak więc nie przejmuj się. Właśnie zamarza przy masce samochodu.
Ej, co robisz? Dlaczego wyciągasz ten pistolet? Oszalałeś??? Przecież nic się takiego nie stało, daj spokój, chyba nie masz zamiaru strze...
O w mordę!
Chyba byłeś przeze mnie niedoceniany. Łatwo kogoś zaszufladkować. Przyznaję – zaskoczyłeś mnie.
A przecież wszystko było przed Tobą!
Nie dałeś mi możliwości sobie powiedzieć, że wszystko się ułoży. Że będzie dobrze!
Naprawdę nie musiałeś...
Byłeś szybszy. Za szybki.
Tyle rzeczy nie dałeś możliwości mi powiedzieć...
Nawet nie mogę przyznać się do spieprzenia sprawy.
Nie mogę nic zrobić.
Nic.
Przegrana sprawa.
Wybacz...

Kazikowi
14.04.2001


Komentuj (9)


Link :: 27.04.2007 :: 08:02

Drewno


Proszę bardzo, oto ja. Mogę się przedstawić.
Na imię mam Radość i jestem bardzo malutka.
Nie zawsze tak było. Nie. Właściwie, to w zamierzeniu miałam być potężna. Zostałam powołana do wielkich rzeczy.
Lecz teraz jestem malutka.
Nie pytajcie mnie o powody, bo sami dobrze je znacie, choć zapewne będziecie udawać, że nie macie pojęcia.
Niech i tak będzie.
Ale przynajmniej nie próbujcie zaprzeczać.
Hej! Tak, Ty! Do Ciebie mówię. Co w tym dziwnego? No? Nie patrz tak. Zamknij usta. Słuchaj...


Kolejna pobudka z serii przykrych; nieznośny ból głowy i dziki wrzask, jakby z głębi trzewi. Mój własny wrzask? Nie chce się wierzyć.
Noc już właściwie minęła, za oknem powoli wstaje świt. Forma jeszcze niezbyt miła dla oka, szarówka. Nawet nie chcę się upewniać, która godzina. Z pewnością najpodlejsza. Czuję to każdym włóknem. Każdy, kto może, jeszcze śpi. Także z ruchliwej zazwyczaj ulicy, przy której przyszło mi mieszkać, nie dochodzi praktycznie żaden dźwięk. Wszechogarniająca, porażająca martwota przedranna.
W odruchu rozpaczy chwytam się dłońmi za skronie i ściskam je mocno, ale to oczywiście nie pomaga, ból wynikający z nacisku wzmaga „tamten” ból. Ręka wystrzeliwuje w kierunku biurka, gdzie stoi szklanka z wodą, o kilka centymetrów za daleko. Zbyt mocno. Szkło rozpryskuje się na posadzce w maleńkie odłamki, drobinki wpadają zdradliwie między włókna dywanu, który z lekka zamortyzował upadek, lecz tylko na tyle, by pozbawić go charakterystycznego brzdęku. Wzdycham cicho w odruchu skrajnej rozpaczy.
Nie mam chęci wstawać, nie widzę celu. Opadam ciężko z powrotem w pościel, topię twarz w miękkości poduszki.
W międzyczasie udaje mi się zapaść w lekki, niespokojny sen. A może raczej półsen? Dźwięki słyszę jak przez watę. Coś mi się śni. Chyba.

Kiedy wstaję, już ostatecznie, słońca nie ma, niebo jest szare; dzień wygląda jeszcze gorzej, niż się zapowiadał.
Nawet czajnik pogwizduje wyjątkowo jazgotliwie.
W skrzynce, pośród uprzejmych próśb o uregulowanie zaległych i bieżących rachunków bieleje coś całkiem nowego, innego. Gruba koperta obiecuje wiele... zbyt wiele, by mogło się to okazać prawdą.
Niecierpliwymi dłońmi rozrywam papier, szybko przebiegam wzrokiem litery. Witamy serdecznie, dziękujemy uprzejmie za zainteresowanie naszą ofertą, nasza firma... no, niestety pani nie przyjmie.
No proszę, proszę... ktoś pofatygował się nawet, by mnie powiadomić. W dodatku listownie; rzecz w naszych czasach niespotykana.
Przynamniej mam czarno na białym, że kolejna próba spełzła na niczym. Zatem w dalszym ciągu trzeba będzie żyć z nędznej rencinki po rodzicach.
Niektóre dni naprawdę wiedzą, jak się zacząć, żeby całkowicie pozbawić człowieka chęci do życia...
Tylko dlaczego ostatnimi czasy odnoszę wrażenie, że moje życie właściwie składa się tylko z takich dni?

Rzecz jasna przypalam sobie śniadanie... tak, tak, dokładnie to, nad którym rozmyślałam przez cały miniony wieczór i które wzbudziło we mnie wiele entuzjazmu i nietypowej dla mnie kreatywności... Obmyśliłam je sobie dokładnie i niemalże czułam już jego smak, który nieznośnie rozbudzał podniebienie, tylko po to, by w konsekwencji pochłaniać spaleniznę. Spaleniznę, która zdominowała całą kompozycję.
Jakże by inaczej.
Później wylewam sobie świeżo zaparzoną kawę na gazetę. I myślę sobie, kurwa jego mać, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy.

Kiedy Ronni dzwoni jest wieczór, a hipnotyzowany wzrokiem telefon zdążył już pozbawić mnie resztek nadziei. Oczywiście ten nagły dźwięk wywołuje we mnie przerażenie i podrywa mnie gwałtownie na równe nogi, choć wyczekiwałam go całe popołudnie. Oczywiście oblewam się herbatą. Oczywiście jest gorąca.
- Co robisz? - zagaduje tymczasem mój rozmówca, obojętny na popiskiwania dochodzące z mojej strony kabla. A może właśnie o to pyta?
Uda pieką nieznośnie. Ochlapuję się lodowatą wodą, by choć odrobinę to zneutralizować. A co mi tam, myślę, miotając się między pokojem a łazienką. I tak już jestem mokra.
- Aaa... - sapię w biegu do słuchawki.
Ignoruje to. Widocznie sam fakt dania przeze mnie znaku życia robi za odpowiedź.
- To przyjdź do mnie - proponuje, choć doprawdy brzmi to raczej jak polecenie. I jakby jedno z drugiego naturalnie wynikało. - Mamy kilka filmów, obejrzymy sobie.
- My...? To znaczy kto?
- No ja... - zaczyna niekulturalnie i nie za mądrze. - I Anja, i Tony, I Goel…
Z pozorną nonszalancją, siląc się na swobodny ton, rzucam:
- W sumie czemu nie...? Mogę przyjść...
- To fajnie - kwituje z równym zapałem. - Czekamy więc. Pa!
Nieco oszołomiona, rozglądam się po mieszkaniu. Jedyne, co mi pozostaje, to zebranie się w możliwie jak najdłuższym czasie, by przypadkiem nie zdradzić się z desperackim pragnieniem zobaczenia się z jakąkolwiek istotą ludzką. Zatem spokojnie mogę obejrzeć sobie co najmniej dwa teleturnieje i trzy w porywach do czterech durnych obcojęzycznych seriali.
A i tak jestem gotowa zbyt wcześnie.

Żeby się nie zgrzać, gdy w pełnym rynsztunku jestem już gotowa do złożenia wizyty, umilam - i przedłużam - sobie trasę powolnym, leniwym spacerkiem. Idzie mi to na tyle dobrze, że gdy docieram na miejsce jest już całkowicie ciemno, choć gdy wychodziłam z domu dzień miał się jeszcze całkiem dobrze.
Nie lepiej, czy może raczej nie jaśniej, jest też na klatce Ronniego, dłuższą chwilę spędzam więc na poklepywaniu ręką ściany w poszukiwaniu włącznika.
- Ej... - słyszę nagle syk, dobiegający z przeciwległego kąta klatki. Sztywnieję. Ktoś śmierdzący odrzucającą mieszanką papierosów ze spirytusem i tanim winem trąca mnie palcem w ramię. Usiłuję przypomnieć sobie podstawowe chwyty samoobrony, choć wojownik ze mnie żaden.
- Ej, Ty... - wciąż syczy i kłuje mnie tym ohydnym paluchem. Moje oczy powoli przyzwyczajają się do zmroku, zaczynam dostrzegać kontury jego postaci. I jedyne, co jednoznacznie mogę stwierdzić, to: odpychający typ! Podręcznikowy typ klasycznego, zniszczonego osiedlowego żula. Kto się musiał na niego natknąć i dlaczego właśnie ja?
- Chcesz na wino? - pytam głupio.
- Nie pogardzę - śmierdziel, jakby tego było mało, jest jeszcze szczerbaty. - Ale ja w innej sprawie. Chciałem z paniusią interesik ubić. - I, nie czekając na reakcję, być może dlatego, że jedyne, co mogłam zrobić, to kompletnie zaniemówić, bo sytuacja stawała się do granic absurdalna, wyjmuje spod wyżej wspomnianej pachy małą, na oko trzydziestocentymetrową, drewnianą, misternie wyrzeźbioną figurkę, która przedstawia nieco korpulentną kobietę.
- Chce mi pan to sprzedać, jak rozumiem?
- Ehe - z zapałem kiwa głową mój nowy znajomy.
- Za wino?
- Wolne żarty! Wino za takie cacko? To już co najmniej dwa wina jest warte!
Pchana jakimś przedziwnym impulsem, który minął się po drodze z rozsądkiem i nawet się o niego nie otarł, wyciągam 10 złotych.
- Drogie wina - dodaje żul jakby od niechcenia.
Wzdycham i wręczam mu 30 zł.
- Będzie - kwituje i wręcza mi posążek. - To jest Radość. Masz się nią opiekować.
- Żaden problem - odpowiadam zgodnie z prawdą, trochę tym wszystkim skonsternowana i nieco rozbawiona. - A dlaczego akurat mi pan to sprzedał?
- Żebym ja to wiedział! Wybrała sobie panią. Do widzenia - odpowiada, po czym wychodzi. Nie namyślając się wybiegam za nim, ale zniknął mi z pola widzenia. „Jakby rozpłynął się w powietrzu”. Został tylko ten nieznośny smród.
Dopiero teraz mam czas, by przetrawić to wszystko, ułożyć sobie w głowie - oraz uświadomić sobie, co ja właściwie zrobiłam.
I zaświecić światło.
Ociągając się nieco, wdrapuję się po schodach na górę. Już z półpiętra dochodzą do mnie roześmiane głosy gości Ronniego, które zresztą cichną na mój widok, zastąpione zdziwionymi spojrzeniami.
- Co to? - pyta Toni, wyjmując mi figurkę z ręki.
- Jakiś żulek upchał mi to w Twojej klatce za 30 zetów - zwracam się do Ronniego. Na jego twarzy przez nieuchwytny niemal moment maluje się niedowierzanie, po czym wzrusza ramionami.
- Ładne - stwierdza Anja. - A co ten ludzik w ogóle przedstawia?
- Szczęście czy jakoś tak - mówię obojętnie i stawiam figurkę na półce.
I przez resztę wieczoru nie poświęcam jej więcej uwagi.

Do domu zostaję odstawiona gdzieś nad ranem przez dość znacznie podchmielonego Ronniego. Siąpi drobny deszczyk, więc zapraszam go na kawę. Uderza mnie nieznośna wtórność tej sceny; jakże często widywałam tego typu sytuacje w mych ukochanych serialach... Z tą różnicą, że w tym przypadku skończy się to o wiele bardziej prozaicznie, bez namiętnych podrygiwań w pościeli naszej nagle i jednorazowo odkrytej namiętności.
Woda gotuje się w starym czajniku, za oknem jest już całkiem jasno. Figurka spokojnie stoi na jednej z półek, naprzeciw telewizora.
- Muszę przyznać, że bawiłam się świetnie - zagajam nieśmiało. - Dawno nie miałam tak udanego wieczoru.
- Poważnie? - odpowiada pytaniem Ronni. - To chyba nie za często gdzieś wychodzisz?
O cholera.
Nie tak, nie tak, nie tak.
- Ależ...! - udawane oburzenie, jeśli doprawimy je wystarczająco podniesionym głosem i zmarszczonymi brwiami, jest nie mniej przekonywujące niż autentyczne. - Skąd Ci to przyszło do głowy?
Ronni waha się wyraźnie, lekko przygryza dolną wargę. Tym razem staranniej dobiera słowa - niestety efekt jest taki, że zaczyna się plątać.
- Miałem na myśli, że... że wiesz... strasznie zalatana jesteś! - puentuje z wielką ulgą. - Kończysz studia, pracy znaleźć nie możesz, cały dom jest na Twojej głowie... Lekko nie masz.
- Nie mam - potwierdzam ostrożnie. - Ale czasu starcza mi na wszystko. Z w ł a s z c z a na rozrywki.
Oszukując bardziej samą siebie, niż jego, jak rasowy alkoholik, uśmiecham się najszczerzej jak umiem i zalewam czarny proszek gorącą wodą. Ronni nie zwraca jednak na mnie już żadnej uwagi, mogę sobie więc darować te zbędne uprzejmości. Mój gość całą swoją uwagę poświęca memu wczorajszemu nabytkowi.
- Mogę obejrzeć tę Wesołą? - prosi. - ... Jak jej tam było?
- Chyba właśnie tak - waham się. - Nie wiem.
Sięgam po posążek i nieruchomieję z uniesioną ręką. Przez jedną straszną chwilę mrugam oczami, bliska przetarciu ich w zdumieniu. A po chwili śmieję się głupio.
- Chyba mi się w oczach troi - dzielę się z Ronnim moimi spostrzeżeniami. - Wydawała mi się mniejsza, a tymczasem ledwo mieści się na półce.

Na pierwszym roku studiów kładzenie się spać bladym świtem miało swój urok. Teraz jednak jestem już najwidoczniej stara, bo jedyne, co czuję, to zniecierpliwienie i zmęczenie. Nie, nie lubię spać za dnia.
O zgrozo, nawet nie chce mi się myć.
Ale to chyba nie miało nigdy żadnego uroku.
Rozbieram się i zasypiam, jeszcze zanim zdążę położyć głowę na poduszce.

Dużo ciekawych rzeczy mi się śni.
Przypomina to trochę pokaz slajdów, oglądanie filmu w zwolnionym tempie, klatka po klatce. Albo czytanie komiksu, w którym brakuje kartek i widzimy tylko obrazki wyrwane z kontekstu - i tym sposobem oderwane od pierwotnego znaczenia.
Śni mi się pan, który wyrzeźbił tę figurkę.
Zarówno jego typ urody - kolor włosów, oczu, karnacja - jak i przyodziewek wskazują na rdzennego mieszkańca tego regionu świata, w którym przyszło mi żyć; nędzne resztki jego pobratymców dokonują żywota zamknięte niczym rzadkie gatunki zwierząt w rezerwatach.
Ów pan, niepokojąco smutny, nazwał swe dzieło ”Radość”.
I choć wymówił tą nazwę w swoim - kompletnie mi nieznanym - języku, doskonale wiedziałam, co oznacza.
Figurka była duża, a teraz jest malutka.
Spokojnie mieści się w dłoni.
I ta jego twarz, przejmująco smutna...
Widzę też jego plemię. Całą bandę smutnych ludzi.
Kolejna migawka - ten pan sprzedaje komuś tę figurkę, a ludzie się cieszą. Widzę to wyraźnie na ich zmęczonych twarzach. Jaśnieją radością.
Tym razem figurka jest duża. Naprawdę okazała.
I... i ta figurka podróżowała po świecie, każdy przyjmował ją z radością i z jeszcze większą radością ją odsprzedawał.
Nie rozumiem tego.
Kompletnie tego nie rozumiem.
I śni mi się jeszcze coś: wiele, wiele zatroskanych twarzy. I żule pod sklepem. I sprzedawca posążku, i ja.

A potem podświadomość zmęczyło wysyłanie obrazów, więc płynnie i ochoczo zapadłam w miękką, gęstą czerń.

Wynurzenie jest znacznie mniej przyjemne.
Budzą mnie wrzaski sąsiadów.
Niby nic, z czym nie miałam do czynienia wcześniej - właściwie dawno już zdążyli przyzwyczaić mnie do swoich ekscesów, dawno też nauczyłam się ich nie słuchać. Mimo wszystko pobudka jest gwałtowna i nieprzyjemna.
Powoli siadam na łóżku i przecieram zlepione śpiochami oczy. Ziewam. Spojrzenie wciąż mam zamglone, jednakże odruchowo kieruję je na półkę, na której postawiłam to cudaczne tałatajstwo.
W pierwszej chwili wydaje mi się, że figurka zniknęła. Zrywam się na równe nogi. Koktajl najohydniejszych inwektyw podpływa mi do ust.
I wtedy dostrzegam ją. Stoi sobie spokojnie w kącie.
Mniejsza niż kobieca dłoń.
- Heeej, no co jest? - mówię sama do siebie.
Jakkolwiek nierealnie i głupio by to nie zabrzmiało, to małe cholerstwo, ten zasrany kawałek drewna kurczy się w oczach!
- No, co Ty? - pytam nie mniej idiotycznie. - O co Ci chodzi? Daj spokój, wydałam na ciebie całe 30 zetów... Szczęśliwa, no...
Jestem Radość, idiotko!!!
- Nie przejmuj się nimi... Oni zawsze tak wrzeszczą... ale są szczęśliwi... naprawdę - mówię bez przekonania, ale z zapałem; refleksję poddającą w wątpliwość sens komunikowania się z przedmiotami ukrywam na samym dnie świadomości.

Figurka - dałabym sobie rękę uciąć - łypie na mnie niewidzącym okiem. Wzdycha?
I przestaje się kurczyć.

Podejrzewam, że jesteś gotów do polemiki. W porządku. Ale co będzie, jeśli Ci powiem, że nie ma żadnego znaczenia to, jak często się śmiejesz?
Dlaczego? Ależ to bardzo proste.
Gdy się śmiejesz nieszczerze, na nietrzeźwo lub po prostu głupio, wcale nie będąc szczęśliwym, nie pokrzepiasz mnie ani trochę.
Gdy szydzisz z jakiejś osoby, pomyśl: jaka jest średnia arytmetyczna Twojego śmiechu i jej cierpienia?
O, rany...
Ja, Radość, umoralniam Cię!
Ja, Radość, Cię zasmucam!
Co to się porobiło...!


I właśnie tego dnia się zaczyna.
A było to tak: zapomniawszy o, bądź co bądź, niecodziennych perypetiach z tym ociosanym pniaczkiem, zajmuję się mniejszymi i większymi przyjemnościami dnia powszedniego.
Głównie oglądaniem seriali.
A wtedy staje się rzecz przedziwna.
Telefon dzwoni raz, potem drugi. Jestem nieco zdziwiona, ale w najśmielszych wyobrażeniach nie byłabym w stanie przewidzieć dalszego rozwoju wypadków.
Tymczasem telefon nieustannie terkocze. Czasami ledwo co zdążę odłożyć słuchawkę, a on odzywa się ponownie.
Zupełnie, jakby w jednej chwili przypomnieli sobie o mnie wszyscy znajomi.
Często odzywają się do mnie osoby, o których istnieniu zdążyłam zapomnieć i mam niemały kłopot z odniesieniem się do ich obecności w mym krótkim życiu; co ciekawe, trafiają się też osobniki, o których przyjaźni marzyłam skrycie w pewnych momentach mego życia, a które kompletnie nie zwracały na mnie uwagi - zagadką jest więc, skąd nagle wytrzasnęły mój numer. I chęci do odnowienia znajomości, które częstokroć istniały tylko w teorii.
Otrzymuję tyle zaproszeń na najbliższy tydzień, że muszę założyć terminarz. Kompletna paranoja.
Nigdy nie pomyślałabym, że spełnione marzenia zakrawają nieraz o groteskę.

Następnego ranka dźwiękiem, który wyrywa mnie z rozkosznej błogości snu jest natarczywy dzwonek do drzwi.
Kia, dziewczyna, z którą nie zamieniłam nigdy więcej niż dwóch niezobowiązujących zdań, a która stoi bardzo wysoko w miejskiej hierarchii „osób wielce godnych uwagi”, wtargnęła do mojego mieszkania i teraz stoi nade mną, potrząsając wcale niedelikatnie mym ramieniem.
Jestem zmęczona. Wykończona. Do domu wróciłam godzinę temu i to wcale nie dlatego, że zabrakło kompanów do zabawy. Przeciwnie. To ja wysiadłam.
Teatr, pub, dyskoteka. To sporo jak na jednego człowieka i jedną noc.
Tym bardziej, że każdy chciał mi stawiać.
W godzinę nie da się zregenerować sił, choćby nie wiem, jak się chciało.
W ustach mam gęstą, lepką maź, obraz wiruje mi przed oczami, a głowę ściskają wielkie obcęgi bólu. Ledwo dociera do mnie słowotok Kii.
- Ależ, moja droga, kto to widział takie wylegiwanie się? Szkoda dnia, kochana! Wstawaj, wstawaj, nie udawaj! - tu śmieje się perliście ze swego szkolnego rymu. - Mamy dużo do zrobienia, ruchy, ruchy!
Dźwigam się z posłania z wielkim wysiłkiem i z jej dużą pomocą. Kia przez cały ten czas nie przestaje mówić:
- Najpierw galeria. Ale szybko, złociutka, czas nas goni! Gorg, ten zdolny malarz, którego, zdaje się, poznałaś wczoraj... ta ruda Ci go przedstawiała... w... gdzie to było?
Posyłam jej umęczone spojrzenie. Na próżno.
- Ach, tak, w t y m pubie! Jak mogłam zapomnieć - prowadzi mnie do łazienki i wręcz wciska mi do ręki szczoteczkę do zębów, na wysokości mego wzroku ustawia zaś puder brązujący („strasznie blada jesteś, skarbie, ale znam wspaniałe solarium, całkiem niedaleko, możemy wybrać się tam, powiedzmy... pojutrze?”), czarną mascarę do rzęs i zielone cienie do powiek. - I ten właśnie uroczy człowiek, a zarazem utalentowany malarz, na pewno Ci o tym wspominał, no więc on wystawia dziś swoje obrazy w naszym prowincjonalnym domu kultury! Wyobrażasz to sobie! - (tu naprawdę był wykrzyknik).
- Wyobrażam - udaje mi się nieśmiało wtrącić, ale efekt jest mizerny, zapewne z tego powodu, że Kia wcale nie zamierza przestać mówić, a moje usta są pełne spienionej pasty do zębów.
- ... a potem... nie zgadniesz!!! Co będziemy robić? No? No, co będziemy robić? - doprawdy, można się poczuć jak dziecko specjalnej troski. - A potem jedziemy na b a n k i e t!!!
Ostatniemu słowu, przysięgam, towarzyszy pisk wielokrotnie przekraczający dopuszczalną wartość decybeli i miarowe stukanie o posadzkę cieniutkimi jak szpileczki obcasami wyjściowych czółenek.
A wiec to są te e l i t y, do których przynależność oznaczała największą z możliwych nobilitację w środowisku. To jest coś, o czym nie śmiałam nawet marzyć.
Grunt, że szyby przeżyły.

W końcu wychodzimy. W czasie nerwowego sprawdzania w torebce, czy aby na pewno zabrałam ze sobą wszystko, co konieczne, zerkam mimowolnie na półkę, na tą jedną, szczególną półkę, na której stoi ta jedna, szczególna rzecz.
I nie mogę nie zauważyć, że c o ś się zmieniło.
Ale chyba nie pozwalam pewnym faktom do mnie dotrzeć.

Jedziemy na wystawę. Tam obowiązkowe rozpływanie się w zachwytach nad „sztuką”, której nie rozumiem i rozumieć nie chcę. Wszystkie niezbędne ochy i achy, wstawianie odpowiedniej ilości wykrzykników przy wyrażaniu zachwytu - tak, by można je było policzyć, wysublimowane na granicy bełkotu słownictwo. Blask fleszy, aż wzmaga się ból głowy.
Nie mogę się doczekać bankietu, by móc się spokojnie - to znaczy z pewną dozą wyrafinowania i elegancji, przynajmniej do pewnego momentu - upić.

Następnego dnia czeka mnie małe przemeblowanie w domu...
Powoli zaczynam pojmować wcale niemały związek tych wydarzeń z pewną małą figurką, stojącą spokojnie na półce, na której wylądowała zaraz po zjawieniu się w mym domu.
Z tym, że po kilku dniach nie jest już wcale taka maleńka.

Tydzień upływa pod znakiem ciągłych imprez, wyjść, spotkań, a każdy dzień, zdawałoby się, jest jeszcze lepszy od następnego. Lepszy, to znaczy: jeszcze więcej imprez, jeszcze więcej ludzi, jeszcze więcej zainteresowania kierowanego w moją stronę.
Bezsprzecznie jest to jedyny taki tydzień w moim życiu.
Niezapomniany.
Kto zaprzeczy, że człowiek lubi czuć się ważny? Lubiany. Potrzebny. Dostrzegany.
To normalne.
I ja czułam się ważna. Lubiana. Potrzebna. Dostrzegana.
Mieć to wszystko, czego się zawsze pragnęło, na wyciągnięcie ręki, na pstryknięcie palcami... można się zakrztusić.
Krztusiłam się długo.
Czy koniecznym jest dodanie, jak to przeklęte drewno urosło?

Z czasem rzecz jasna przyzwyczajam się.
Skoro stało się to codziennością...
Niemal obojętnieję.
I pragnę więcej.

Jak się okazuje, nie ma życzeń nie do spełnienia.

Wybrałam się na spacer, kiedy tylko sobie uświadomiłam, że w tym moim wyśnionym życiu brakuje choćby krztyny normalności, zatrzymania się, oddechu, chwili spokoju i zajęcia się sobą.
Że, ujmując sprawę prościej, wszystko jest wspaniale, ale jakoś... nie tak.
Idę więc. Kierunek nie ma znaczenia; pruję bezmyślnie przed siebie.
Mam nad czym dumać. Ostatnimi czasy odczuwam przedziwną pustkę. Nie wiem, czy jest to wynikiem radykalnej zmiany stylu życia, czy może przemęczenia tymże. Być może właśnie w tym tkwi problem.
A być może nie.
Ponadto, moja troska o figurkę nabrała wymiarów... może nie obsesji, ale daleko wykraczających poza zwyczajną pielęgnację zabiegów.
Objawia się to między innymi tym, że nie chcąc narażać tej... no... Wesołej (?) na wrzaski i inne przygnębiające hałasy z zewnątrz zamontowałam (a ściślej: kazałam założyć) dźwiękoszczelne nakładki na ściany. Nie były tanie. Mówiąc wprost, zeżarły lwią część mych środków do życia. A przecież nie samym drewnem żyje człowiek.
I teraz ten pieprzony pasożyt jest wielkości szafy!
Mało tego.
Trzeba ją wycierać z kurzu - a ma „od cholery i jeszcze trochę” jakichś skomplikowanych elementów i zagłębień, w których wyżej wspomniany kurz ustawicznie się osadza.
Trzeba ją polerować. Najładniej posąg (bo trudno ją w tej sytuacji nazywać figurką) wygląda, gdy lśni jak, nie przymierzając, psu jajca.
Więc kasy na to idzie... żeby już zanadto nie wulgaryzować - dużo.
Idę zatem, krok mam zdecydowany i pewny... Pozornie szczęśliwa, z powodu małych, krótkotrwałych, nic w gruncie rzeczy niewartych radości...
I wtedy dostrzegam kogoś. Mężczyznę, dla ścisłości.
Bardzo dorodny okaz przedstawiciela tej płci.
I wcale nie trzeba mi dużo.
Wystarczy, że spojrzę...
On też spogląda, a jakże. Musiał poczuć mój nachalny wzrok. Nasze spojrzenia stykają się, a on obdarowuje mnie pięknym, szerokim uśmiechem.
Nie odwzajemniam tego. Uciekam.

Kolejnym mym odchyłem, chyba znacznie gorszym od reszty, jest fakt, że... zaczęłam z nią rozmawiać, choć kosztowała mnie masę pieniędzy i nerwów, a do tego nie mogła mi przecież odpowiedzieć. Paradoksalnie, to właśnie czyni z niej ciekawego rozmówcę. Aktualnie jest bowiem jedyną osobą, o ile to określenie jest adekwatne, która nie wtrąca co drugie słowo: „Ale Ty jesteś fajna!”

Myślę, że mi tu dobrze.
Jest ciepło i wygodnie.
A i właścicielka jakoś tak mało wymagająca.
Tak. Dobrze mi tu.
Jestem duża.


Bywa, że mam ochotę odłączyć na chwilę telefon, by przez krótką chwilę podelektować się ciszą, czymś tak nieosiągalnym w moim aktualnym życiu.
O, i znowu dzwonek.
Nawet liczę odstęp: 3 minuty i 20 sekund.
- Cześć - dociera do mnie miły głos dobrej koleżanki. Znajomy, a jednak całkiem inny, bo wyłapuję z niego tajemnicze tony.
Zamieniam się w słuch. Na szczęście rozmówczyni szybko przechodzi do sedna.
- Mój kolega chce Cię poznać.
Nawet nie pomyślałam, że to może być on.
Akurat takie rzeczy zdarzają się tylko w moich ukochanych serialach, o których nie mam już zresztą z kim rozmawiać.
Ale idę. Bo jak nie pójść?

Cuda zdarzają się nie tylko w serialach.
Za niedługo już nic nie będzie w stanie mnie zadziwić.
Nawet to zabawne uczucie łaskotania w żołądku, które wzmaga się, ilekroć o n mnie dotknie.

No i...
Tak się jakoś nieszczęśliwie złożyło, że moja figurka - jak to teraz przewrotnie brzmi... figurka! - zajęła mi cały pokój.
Do mej całkowitej dyspozycji pozostały mi jedynie łazienka i kuchnia. Nic więcej - moje mieszkanie to kawalerka.
Pech.

Jakimś cudem znalazłam sobie pracę. Tą jedyną, wymarzoną. Taką, do której chce się chodzić.
Więc - zarabiam.
Mam kupę oddanych przyjaciół.
Mam j e g o.
Jestem bardzo, bardzo szczęśliwa - tak sobie myślę, idąc do domu powolnym, lekkim krokiem - właściwie sunąc niedbale, ledwo dotykając ziemi.
Jest ciepły, letni wieczór... Wydarłam siłą ze swego życiorysu chwilkę samotności...
Kupiłam sobie wino. Butelka po nim spoczywa gdzieś w krzakach. No to co. Nic się nie liczy poza tym, że jestem bardzo, niewyobrażalnie wręcz szczęśliwa. Tak bardzo, że aż mi wstyd.
Na lekkim rauszu wracam do domu i...
No i wtedy pojawia się problem.
Bo jak się okazuje, nie mam już mieszkania.

Moim celem, jedynym i samym w sobie, bardzo prostym zresztą, jest uszczęśliwianie jednostki, z jaką zetknął mnie los.
Nie jest to trudne. Przynajmniej z początku.
Później rosną wymagania.
Ale jedno mnie boli - ludzie są strasznie niewdzięczni za to niesamowite dobro, jakim ich obdarzam. Ba! Oni mają do mnie o to żal.
A wszystko to ich wina. Są głupi. Nie potrafią się cieszyć. Nie potrafią myśleć. I, przede wszystkim, nie potrafią żyć.


Pozostało mi bardzo niewiele. „Niewiele” graniczące z „nic”.
Pomysł mam jeden. W gruncie rzeczy to i tak - na swój sposób - dużo.
Jakby na to nie patrzeć, mam jeszcze piwnicę. I telewizor się ostał.
Niestety, tego samego nie mogę powiedzieć o łazience czy kuchni.
Telefon też szlag trafił, i dobrze.
Ściany się rozsypały. Mój dom to pobojowisko.
A pośród tego brudu i kurzu, pośród tych zgliszczy majestatycznie stoi to – ta... figurka!
Stoi dumna i lada chwila rozsadzi głową mój sufit, który jednocześnie jest podłogą sąsiadów.
Za jeden uśmiech.

Cały tydzień spędzam w piwnicy.
Po pierwsze - zerwałam z nim, a sam ten fakt wywołuje we mnie myśli samobójcze..
Leżę i wyję, oglądam telewizję - a tam same straszne rzeczy. Leżę i wyję, i myślę - jak można być szczęśliwym w takim zawszonym świecie? Nie można przecież. No bo jak?
Leżę i wyję, i zapijam smutek.
Nieszczerą radością, prezentem od etanolu.
I nie myję się.
Nie mam gdzie.

Teraz jest malutka.
Mam ochotę roztrzaskać ten jej drewniany łeb.
Biorę nawet zamach, ale coś mnie powstrzymuje. Z głębokim westchnieniem chwytam ją pod przepocone ramię. Brudna, odpychająca - czaję się w klatce na potencjalną ofiarę.
I otrzymuję ostatni prezent od niej.
Bo oczywiście kogo spotykam, kogo obdarowuję nadmiarem szczęścia, które jest przekleństwem, komu zabraniam zaświecić światło, przed kim uciekam w noc?
Nie może mnie poznać, nie. Może jest szansa, myślę, jeśli kochał mnie naprawdę.
Teraz będzie z górki. Nie mam już pracy ani mieszkania, ale to nic. Wyjdę na prostą. Poradzę sobie.
Uśmiecham się do siebie, obalam następnego wino „patykiem pisane” i zasypiam w smrodzie, w tym, co kiedyś było moim domem...

Oryginał: 18.08.2001
Przerobione: 12.12.2006


Komentuj (12)


Link :: 17.03.2007 :: 10:03

7 Dni Po Końcu Świata



„Wszystko, co ludzkie zawstydza mnie
naprawdę wolę kamieniem być
Kamienie nigdy nie śmieszą do łez”
Nosowska


Życie czasem miewa bajkowe rozpoczęcie. Bo przecież bywa sobie człowiek. Za lasami. Za górami. Wersja współczesna – za zatłoczonymi autostradami, za potężnymi drapaczami chmur. Albo w niewielkiej mieścinie, gdzie urozmaiceniem dnia jest jakaś imprezka suto zakrapiana alkoholem i/lub narkotykami, lub zadyma z wszechobecnymi kibicami.
I on jest jak z bajki. Ja tak nie myślę – ja to wiem.
Kiedy widuję go na tych szarych ulicach, od razu robi się jakoś żywiej. Kolorowo.
Nie wiem, czy i on mnie dostrzega.
Mam taką nadzieję.
Czekam każdego dnia, bym znowu mogła go zobaczyć.
Jestem głodna jego widoku.
Jest tak piękny, że mogłabym go zjeść.

PONIEDZIAŁEK

Jest mój.
Każde jego włókno, złuszczona skóra, odłamany kawałek paznokcia.
Oczywiście to tajemnica, dlatego nawet na mnie nie spojrzy, gdy mijamy się na ulicy.
Wieczorem przyjdzie do mnie. Wyciągniemy na trawę za moim domem starą kanapę i będziemy podążali mleczną drogą. Powoli – nigdzie nam się nie spieszy.
Póki co, zakwitły kasztany. Pierwsze tego roku.
Chodzę z koleżankami na długie spacery, zachłystuję się nadchodzącym latem. Stwarzam pozory; nikt nie wie, że on jest.
Jest ze mną.
Jest mój.

WTOREK

Słońce praży niemiłosiernie. Bezskutecznie szukam cienia.
Mokra jak po gorącej kąpieli, pomarszczona z każdej strony... nie spodobam mu się taka.
Liczę małe obłoczki na niebie. Niewiele ich.
Za dziesięć obłoczków nastanie on.
Do twarzy mi z nim.
Wyłapuję uśmiechy, jakie posyła w moją stronę. Są jak wyrwane z kontekstu. Nieobecne. On jest bardzo nieśmiały.
A kanapa cierpi z samotności. Rozsypuje się od spodu. Nie będzie z niej żadnego pożytku.
Zresztą... przy nim nie mam głowy do podziwiania gwiazd.

ŚRODA

Jest coś ekscytującego w tych naszych ukradkowych spotkaniach.
Taka najsłodsza, rozkoszna tajemnica.
Nie boli mnie jego pozorna obojętność wśród tłumu.
Przecież wiem, że nie może beze mnie żyć.
I ja nie mogę.
Należymy do siebie...
Dwie połówki pomarańczy.
Chodzę na jakieś ogniska, które absolutnie nie są mi potrzebne do szczęścia. To stwarzanie pozorów jest niesamowicie męczące.
Ale dla niego mogę zrobić wiele więcej.
Tyle, że w ogień nie wskoczę.
Ogień by mnie oszpecił.
A muszę być przecież atrakcyjna...
Noce są dla nas zbyt krótkie. Mamy w sobie niespożyte zapasy energii. Aż dziw bierze, że nie ubywa jej z czasem. Wręcz przeciwnie – jakby było jej coraz więcej...
I ja wiem, po prostu wiem, że tak będzie już do końca.
Wspaniale mi z tą świadomością.

CZWARTEK

Niebo zasnuła gęsta jak kożuch mgła. Brrr... kożuchy. Przypomina mi się dzieciństwo u babci, gorące mleko i właśnie te obrzydliwe kożuchy, które pływały po jego powierzchni i które we mnie wmuszali. Do tej pory na samo wspomnienie zbiera mi się na wymioty.
A jego nie ma przy mnie. Nie czuję go.
Oszaleć można z rozpaczy.
Ma się w rezerwie jakichś przyjaciół, do których w razie czego zawsze można otworzyć gębę.
Pragnę skorzystać z tego przywileju, idę więc do pierwszej osoby, o jakiej tylko pomyślę.
Siadamy przy stole; na jego blacie odbijają się nasze kontury.
– Fajnie, że w końcu wpadłaś, dawno Cię nie widziałam – mówi ona, lecz nie doczekawszy się odpowiedzi wbija wzrok w stół i przygryza dolną wargę.
Długo nie kontynuuje. Śmieszne – zarysy mojej postaci są jakieś takie zamazane.
– Zimno dziś – banalnymi słowami usiłuję zagłuszyć ciszę, zniszczyć napięcie.
– No.
Kiwam głową, jakbym chciała podkreślić, że się zgadzam.
Sama ze sobą.
– Napijesz się czegoś?
– Aha.
– Soczku?
– Uhm.
I dostaję soczek, i sączę go, jakbym chciała posmakować każdej kropli.
– A co tam w ogóle słychać?
– Nic. A u Ciebie?
– Też nic.
– Aha.
Napój się skończył. Wycieram palcem kilka zagubionych kropelek.
Mgła powoli opada.
Widzę słońce.
On jest gdzieś tam.
Mogę iść.
– No, to cześć.

PIĄTEK

Śpię do późna. Tęsknię bez końca.
Mój książę jest wspaniały. Kocham go. Uwielbiam.
I nic nie jest w stanie zniszczyć mojego szczęścia, nawet ta ruda małpa u jego boku.
Kanapa wylądowała na śmietniku. Brakuje mi jej obecności, łatek na oparciu, wystających spręży. Jutro wyeksmitują ją na wysypisko. No, ale przynajmniej ma ciekawe życie. Podróżuje... i w ogóle...



SOBOTA

Jest pochmurno, siąpi drobny deszczyk. Patrzę, jak szare niebo odbija się w kałuży.
On śmiał się do własnych myśli idąc ulicą.
Rety!
W życiu nie widziałam bardziej krzywych zębów!

Niektóre historie miewają czasem bajkowe zakończenie.
A przecież nikt nic nie wie...
Jakby co – zginał śmiercią tragiczną.
Pewnych rzeczy można po prostu nie przyjąć do świadomości.
Bajka trwa dalej...

NIEDZIELA

Świat na kilka godzin znowu stał się szary i nijaki.
Ale do czasu.
Odziana w czerń na znak rozpaczy po stracie ukochanego ujrzałam w pobliskim parku jasność bijącą od pewnego młodzieńca.
Nie spojrzał na mnie – jest przecież taki nieśmiały...

08.05.2001


Komentuj (7)


Link :: 27.02.2007 :: 00:20


Podaj mi rękę, opowiem Ci piosenkę.





...niczego nie będzie żal.


Komentuj (6)


Link :: 06.01.2007 :: 17:00

Jouleries
(dzień próby)

Ten ważny, najtrudniejszy dzień w życiu rozpoczął się dla Jouleque’a de Opoy, Emisariusza Jego Królewskiej Mości, Orędownika Rozkoszy Doczesnych, jak każdy inny dzień.
Zupełnie tak samo.
Gdzieś około świtu, gdy niepokorna bladoróżowość odbłysków na chmurach ustępowała opornie obrzydliwie błękitnemu niebu, huk bębnów na rozległej przestrzeni między płatem czołowym a potylicą rozległ się ze zwielokrotnioną echem siłą.
Mimowolny jęk, dobywszy się z ust Emisariusza, wzbił się aż pod sufit, szczelnie wypełniając przestrzeń.
Wraz z nim, noga przy nodze, ramię w ramię, nadciągnęły Ból, Cierpienie i Rozkosz, na czele zaś tego pochodu dumnie kroczyła Jej Wysokość Dezorientacja. Oto bowiem nadszedł czas próby.
Koszmarne Alkoholowe Catharsis, haniebnie skrócone przez profanów do trzech pierwszych liter – nie wiadomo, czy to z ignorancji, czy z lenistwa – choć już naszemu bohaterowi znane z legendarnych opowieści i przedsmaku, jaki nieraz po wspaniałych ucztach mu zapewniało, było jednakże po raz pierwszy zesłane na niego w pełnej swej krasie.
Pochód zatrzymał się na wprost wzroku Jouleque’a i na znak dany przez Ból wespół z Cierpieniem, promień jaskrawoczerwonego światła wytrysnął z nicości i wbił się de Opoy’owi prosto w ciemię.
I wtedy, rzekłbyś, iż cała flora i fauna tej Ziemi w stanie najbardziej zaawansowanego rozkładu, znalazła się nagle w czcigodnych ustach Emisariusza.
I serce jego, serce dotychczas małe i niegodne, zatrzepotało nagle niczym skrzydło najpiękniejszego motyla.
I oczy jego, tak zawsze zamglone i przetkane czerwonymi niteczkami spękanych naczynek, spowiła ciemność absolutna. Ciemność ostateczna.
A dłonie jego drżeć poczęły, z jamy brzusznej melodie gastralne dobyły się niczym gromy trąb dnia sądnego.
I wzbiła się gołębica dobrej nowiny z samego centrum jego trzewi, z łoskotem wezbrała fala, a w fali tej mieszały się i kotłowały przypływ, noc miniona, lęki i pragnienia spragnionej wielkości duszy jego.
I nastąpił odpływ.

Niczym wulkan wytrysnął Jouleques z głębi swego jestestwa.
Barwy w formie cieczy o nieokreślonej konsystencji rozprysły się na boki, barwiąc otoczenie i przyodziewek jego w nieregularne plamy.

Umęczone ciało walecznego męża, który tego dnia stał się błogosławionym, w konwulsyjnych drgawkach spoczęło na ziemi, po czym zastygło, zmorzone snem, który któraś z Bogiń w łaskawości swej zesłała na niego.
Pokuta - pierwsza droga prowadząca do Oczyszczenia.

Emisariusz pojął, jak rodzi się świętość.

10.12.2006


Komentuj (14)


Link :: 10.12.2006 :: 16:17

Zmysły

Bała się od zawsze. „Zawsze” był to moment oddzielający dwa stany; był cienką kreską, ku której sięgała jej pamięć. Strach szczelnie wypełniał przestrzeń czasową, jakby nie było „przed” i „po”. Jakby tylko „było”.
Bała się, odkąd obejrzała TEN film. Miała jakąś mętną świadomość, że zatarł on całą niewinność dzieciństwa i wyznaczył nowe czasy. Odkąd wyemitowali go w telewizji, nie było już spokojnych nocy. Pamiętała świetnie, że za każdym razem, gdy coś kazało jej po ciemku wstać, wyznaczoną koniecznością trasę przemierzała powoli, lękliwie, ostrożnie stawiając stopy, wypatrując zagrożenia w ciemności, poszukując go dłońmi. Z powrotem rzecz się miała odwrotnie - puszczała się pędem, w ustach więżąc krzyk, a bose stopy plaskały po posadzce.
Jak nikt lękała się obrazów wychwytywanych kątem oka. Nie opuszczała stóp na podłogę, jeśli czuła się niepewnie. Nie wtykała żadnego elementu ciała w miejsca niedostępne dla wzroku. Drżała przed tym, co może kryć się za jej plecami. Napędzana irracjonalnym, podskórnym lękiem ostrożność.
Własna, a więc oswojona. Towarzyszyła przez lata, jak rak, jak bijący małżonek, i dało się do niej na swój sposób przyzwyczaić. Stała się czymś nieodłącznym. Lęk mieszkał, jadł, spał, wydalał, kopulował, istniał przy niej. Lęk dorastał z nią.

Czasem przycichał. Wtedy życie stawało się znośne, zaklęte w wybłaganą normalność.
Czasem tylko przypominał sobie obrazem przelotnie uchwyconym kątem oka.

A potem znienacka powracały bezsenne, straszne noce. Nie była na nie gotowa. Nigdy nie była gotowa. Musiała uczyć się na nowo strachu, oswajania z jego obecnością.
Powracał jak wytrwały kochanek.
Odrzucony, lecz nie potrafiący się z tym pogodzić.

Pewnego dnia ktoś powiedział jej, że tak wcale nie musi być.
Nie pamiętała już, czy to postać z filmu, czy zasłyszana rozmowa, czy może jakaś książka otworzyła jej oczy i napełniła jej serce nadzieją – czymś tak skrajnie różnym, tak słodko innym od lęku.
Poszła na terapię. Jedną, potem drugą. Długo nie pomagało. Psycholodzy odsyłali ją do terapeutów, terapeuci – do psychiatry. Dobry humor zdobywała w tańcu i łykała w tabletce. Aż zjawił się nieproszony i na stałe zagościł w jej życiu.

Tymczasowo lęk zastąpiła czujność. Nie dowierzała szczęściu, przerażało ją, że jej serce bije spokojnie.
Że noce nie niosą ze sobą nieokreślonego niepokoju, nienazwanego zagrożenia, lecz odpoczynek i spokój.

W końcu zrozumiała, że jest wolna.

Wspaniale, wzniosłe to uczucie móc nareszcie robić rzeczy naturalne dla innych. Nie bać się otworzyć oczu.
Poczuć się częścią społeczności, w której przyszło egzystować, a nie outsiderem i dziwakiem, zamkniętym w klatce własnych ograniczeń.
Oddychać powoli i głęboko.

Żyć.

Tej nocy obudziła się nagle z przyczyn boleśnie fizjologicznych. Zupełnie jak kiedyś, pędem rzuciła się ku łazience, w szalonej obawie przed czymś wstydliwie zwanym „nieotrzymaniem”, choć problem ten jej nie dotyczył. Chciała jak najszybciej wrócić do łóżka, do ciepłej pościeli, nareszcie zapewniającej poczucie bezpieczeństwa.
Noc była chłodna.
Starannie umyła ręce, odruchowo poprawiła zmierzwione przez sen włosy i zaraz zaśmiała się nad bezcelowością swych poczynań. Wygładziła dłonią materiał koszuli nocnej i zgasiła za sobą światło. Spacerowym krokiem ruszyła przez pogrążone w mroku mieszkanie do swojego pokoju. Minęła wielkie okno wychodzące na podwórze.

Nie zauważyła, jak firanka poruszyła się, a małe, rozbiegane, okrągłe oczka śledziły każdy jej ruch.

09.12.2006


Komentuj (8)


Link :: 21.11.2006 :: 22:11

Mucha

Preludium - -
Wwierca się we mnie spojrzeniem kłującym jak setki sztylecików.
Przyszpila źrenicami.
Wwierca się we mnie spojrzenie, w którym widzę cały jego głód.
Wciąż wzrokiem, wygłodniałym i chciwym, zdziera ze mnie fatałaszki, ślini w oczekiwaniu na nagość.
Ostatnia zasłona osłabia pożądanie.
Zastyga.
No, dalej, ponaglam w duchu. Językiem. Ręką.
Nie ma na co czekać.
Spraw, bym zadrżała.
Jest między nami ta niespokojna fala, ta łapczywość wyczekiwania, która sprawia, że ciało plącze się w zbędnych ubraniach, a zęby przygryzają nadgorliwe języki. Jest ten słodki niepokój, niepewność niedojrzałych doznań.
Cały akt i tak zamknie się w kilku chwilach, wyczerpanie przypieczętuje całą sprawę.
I koniec. Kropka.

Aparatura, która przytrzymuje przy życiu ten zwiędły kwiat, jest jak obrastający go, żarłoczny chwast.
Obserwuję linię cieniutkich, wypukłych żył pod bladą, naprężoną, cienką jak pergamin skórą, naznaczoną piętnem starzenia.
Jeśli wrócisz do nas, mamo, obiecuję...
Nie.
Niczego Ci nie mogę obiecać.

Wyleciała spośród regałów, nieoczekiwanie i nagle dając znać o swym istnieniu donośnym bzyczeniem.
Temperatura na zewnątrz ledwo przekracza 00 C, ale ona ostała się gdzieś w tym bibliotecznym kurzu, w tej dusznej ciasnocie, w jednym z zapomnianych kątów.
Patrzę na ten ciemny punkt, za którym ledwo nadąża wzrok; na to bezmózgie stworzenie, tak zbyteczne w krainie ciszy.
Ale moje ruchy są zbyt powolne, by dokonać egzekucji.

W ciągu ostatnich dni chora, wymknęłam się dziś chyłkiem na zewnątrz, w ten nieoczekiwany ziąb, by stawić czoła swojej samotności. Znalazłam papierosa w pogniecionym, prawie pustym pudełku gdzieś na dnie mojej torebki.
Dziwnie smakował ów papieros w ten wtorkowy poranek, przy tym przejmująco zimnym powietrzu, dziwnie odczuły go odzwyczajone płuca i wyczerpany chorobą żołądek.
Lecz skostniałe palce trzymały go kurczowo.

Jeszcze tydzień temu kontemplowałam jej umęczoną sylwetkę, która przemieszczała się z kąta w kąt bez chwili wytchnienia.
To ułożyć. To zetrzeć. To wyczyścić. To odkurzyć.
Posprzątać! Posprzątać!
To czyniły posłuszne woli, styrane ręce.
Zniszczona skóra.
Wystające żyły.
Słaby puls.
Jeszcze tydzień temu krążyła niczym satelita po orbicie okołoziemskiej, nie pozwalając sobie nawet na jeden głębszy oddech.
A teraz umiera i nikt chyba nawet nie będzie płakał.

Przylądek?
Port, do którego zawija statek, zarzuciwszy na chwilę kotwicę?
Czym jest moje ciało dla Ciebie - dodatkiem do duszy czy przystanią dla głodnych rąk?
Będziesz mnie kochać?
Proszę - proszę - proszę!

Szłam, czując, że moja twarz tężeje z zimna.
Nieszczęśliwa, próbowałam wyczytać z twarzy mijanych ludzi ich los, by podbudować się faktem, że nie cierpię jako jedyna - lecz oni odwracali wzrok, chytrze strzegąc swych tajemnic.
Liście fruwały, wirowały dookoła mnie, wprawione w ruch przez lodowaty wiatr.
Ten sam wiatr, pieszczący je muśnięciami i popychający do radosnego tańca, chłostał mnie bezlitośnie po twarzy.

Pytania przybierają inną formę i dlatego nigdy nie są zadawane wprost.
Niespełnieni, pytamy o sens życia, by zapełnić czymkolwiek, choćby żalem i łzami, nieznośną pustkę mijających dni.

M - A - M - A.
Zasuszony kwiat.
Mucha bzyczy – bzz...

Wszystko przemija, zegar cyka, liście unoszą się na wietrze, monotonnie pika aparatura, do której podłączona jest moja matka.

Jej schorowane, spracowane ręce.

Półki powoli pokrywa cierpliwie wzrastająca warstwa kurzu.
Ten sam kurz osadza się na dnie jej przedwcześnie powstałych zmarszczek, gdy tak leży, sama, w obrzydliwie białej sali.

Jesteś nieobecna, mówisz z wyrzutem. Niechętna.
I odsuwasz się ze wzgardą.
Marynarzu...
Chcesz mieć mnie całą dla siebie.

Każdą myśl. Skrawek skóry. Włos.
Złamany paznokieć.
We wszystkim jest kawałek mnie, lecz to ta strona nie - cielesna, ulotna.
Nie dla Twoich wiecznie spragnionych ust.

Lubię pociągi. Symbolizują przemijanie.
Ulotność naszego bytu.
Zapalam świeczkę, ale nawet ona wypala się niemal błyskawicznie, z głośnym sykiem, znacząc stopionym woskiem zajmowane przez siebie miejsce.

Gdy wracam do domu, ojciec siedzi zagłębiony w fotelu, który bezskutecznie próbuje otulić liczne fałdy na jego ciele. Ale potężny ojciec wychodzi z tego pojedynku zwycięsko.
Nadmiar papierosowego dymu szczypie w oczy.
Ojciec odwraca powoli głowę w moją stronę.
- I co?
- Bez zmian.
Wzdycha, a może tylko zapada się w sobie pod własnym ciężarem – może ja chciałabym, żeby westchnął.
Odsuwa się nieznacznie, fotel skrzypi, jakby wzywał ratunku, ciało faluje obrzydliwie. Dopiero teraz dostrzegam potężny, gładki, litrowy słój stojący na stole, bez wieczka czy jakiegokolwiek nakrycia, oddzielającego złocisto - brązową zawartość od świata.
- Popatrz - mówi. - Brak słów. Nawet tu.
Unosi delikatnie szkło tłuściutkimi palcami, bym mogła się przyjrzeć.
- Nawet w miodzie – jęczy.
Chłonę oczyma ten dorodny okaz, zastygły w ostatniej próbie ucieczki z pułapki, z tej gęstej, lepkiej mazi... Odrobinkę czerni zniewoloną wstrętną, schizofreniczną żółcią.
Przypomina mi to zwiędły kwiat, duszony naporem nienażartych chwastów.
Matkę, otoczoną zwojami aparatury.
Ze zdziwieniem odkrywam w sobie czułość na myśl o niej, o tej bezimiennej żywicielce – posługiwaczce, umierającej z niedoceniania.
Matka. M - A – M – A.
Mamusia...

Koniec.
Kropka.

08.10.2002


Komentuj (8)


Link :: 04.10.2006 :: 15:25

Lato

Brzemienna w owoc jego...

Jak ta dorodna jabłoń, zapłodniona przez przypadkowego pielgrzyma... wyjałowionej Obiecanej Ziemi. Gałęzie są słabe... każda jedna zakołysze się i zniży, a czasem i złamie, gdy poczuje ciężar nabrzmiałego sokami płodu.
Lecz ja się nie ugnę.

Nigdy nie umiała mnie pokonać. To jej spojrzenie wycofywało się pierwsze. Jej usta traciły moc zawsze zbyt wcześnie.
Tak jak jej ciało, przekwitłe i zwiędłe, wyparła świeżość i młodość mojego.
Przegrała i teraz to ona musiała dźwigać na barkach ten ciężar.

Lecz to ja nie potrafiłam się z tym pogodzić.

* * *

Najtrudniej jest podjąć decyzję, wstawić punkt, od którego nie będzie już odwołania.

To już postanowione. Nie umiem nic innego zrobić.
Nalewam wody do wanny, mieszam dłonią, wzburzam fale.
Badam jej strukturę.
Parująca... gorąca.

Leniwym ruchem zrzucam z siebie odzienie.
Zanurzam się. Woda otula mnie szczelnie i czule.
Jak pieszczota.

A ja się zatracam.

Być gdzie indziej. Bez palącej świadomości tego, co właśnie czynię.
Nie radzę sobie z tym.
Ucieknę... albo zwiędnę.

* * *

Zamykam oczy, chowam się w złudnej ciemności, rozpaczliwie pragnąc... przebaczenia.

Gdy decyduję się stanąć naprzeciw światłu i światu, jest już zupełnie inaczej.
Świat nie czekał na mnie. Przeobraził się. Zdeformował.
Tak jak milczenie nagle okazało się brakiem zdolności mowy.
... Światło księżyca - odbiciem słońca.

Miłość? Nie było już nic.
Tylko ja i woda.

Gorycz.
Wyzwolenie.

* * *

Brzegi rozstąpiły się. Nastał bezkres.

Szum. Jednostajny i usypiający.
Słońce nad horyzontem ma zatarte kontury. Rozmazane grzbiety fal. Piana? Morska piana, taaak... Morze.
Miękkość leniwego popołudnia.

Cisza, spokój. Bezruch. Tylko ja i jednostajny szum fal. Czasem jakiś zabłąkany w przestworzach ptak wyda jeden z tych piskliwo - skrzekliwych dźwięków (mewa? Rybitwa? Błoga nieświadomość…), lecz ten dysonans nie zakłóca harmonii, przeciwnie – w jakiś przedziwny sposób splata wszystko ze sobą w spójną całość.

Drganie. Słońce pali niemiłosiernie... pulsująca kula ognia.
Kropelki na mej skórze to morska woda? Czy pot?

Płynę. Unoszę się leniwie na fali, spokojnej i ospałej.
Uśmiech przysycha mi do twarzy.
Na skórze wytrącają się drobniutkie kryształki soli.

Umiesz dotknąć mnie palcami tak, by mnie nie zgnieść, nie splugawić? Umiesz?

Nie pozwolę... nigdy już..

* * *


Wizja nabiera ostrości… Wpierw widziana licha łódź, coś jakby tratwa, przeobraża się w jacht - symbol luksusu, którego nigdy nie zaznałam.
Ja w centrum, tak, jak to zawsze miało być, tak, jak zawsze chciałam - skąpana w blasku własnej sławy, wyleguję się na leżaku o srebrnej konstrukcji, na obiciu przetykanym złotą nicią..
Ja - wszystko i nic, początek i koniec, niemoc i pragnienie, nie jestem kochanką, lecz Królową Twą..

I przekleństwem jej.
Ale tak było od samego początku.

* * *

Chciałabym, byś mógł być tu ze mną.. Byś mógł doznawać czegoś tak odmiennego od tego, do czego zdążyliśmy nawyknąć. Wytrwale wmawiam sobie, że potrzeba mi jeszcze Ciebie.
Jakby to, co zdobyte, mogło jeszcze wzbudzać pożądanie...

Możesz być kapitanem. Sternikiem mej łodzi. Ale czyż nie dzięki Tobie poznając nieznane lądy i oceany, wypłynęłam w końcu na mieliznę? Utknęłam.
A znikąd ratunku.

Ja, przyczyna i skutek tego wszystkiego, czyn i konsekwencja.
Pytanie, odpowiedź, pomocna dłoń…
Tylko we mnie.

* * *

A więc morze.
Dwa zlewające się ze sobą błękity - turkus wody i indygo nieba.

Widmo Ciebie.
I jej twarz.
I to, co nigdy już nie będzie znane.

Mocne, wytrawne wino odbija się cierpko na podniebieniu. Rozkosz i dysonans, ja i straszna pustka.
Musisz zginąć, bym ja mogła żyć.
Nigdy odwrotnie.

Jam jest wulkan, a oto lawa z trzewi mych.

21.09.2006


Komentuj (18)


Link :: 21.09.2006 :: 08:03

Rebelia W Niebie

Anioły się zbuntowały.
Nie jest za dobrze. Nikt nie zna przyczyn tego stanu rzeczy.
Ale fakt pozostaje faktem, nie ma konieczności potwierdzania tego. Świat zwariował. W przypadku wątpliwości wystarczy spojrzeć przez okno.
Myślę, że znudziła im się ta ich odwieczna dobroć. Nuda wyzwala agresję. Anioły musiały się bardzo zdenerwować. Tylko jak będą się odreagowywały? Czy staną się obojętne na wszystko? Może zaczną być złe? Może cały ich zastęp zstąpi na Ziemię, by dokonać zagłady?
Tak czy siak – będzie ciekawie.
Od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Wyczułem, że anioł stróż odstąpił od mojego boku. Na efekty jego poczynań – a ściślej ich braku – nie trzeba było długo czekać. Złamałem sobie rękę, boli jak cholera. Co za karygodne zaniedbanie! Cały ten system gnije od środka. To kolejny dowód na to.
Od razu poszedłem na mszę, na pierwszą, jaka się nawinęła. Uważnie jak nigdy dotąd słuchałem kazania. I nie mogę wprost uwierzyć! Ksiądz nie powiedział ani słowa na ten temat. Prosił tylko o większe datki na nowe opony do mercedesa proboszcza.
Zdegustowany, zastanawiałem się, czy nie powinienem w tej sytuacji zabrać głosu, ale zrezygnowałem z tego ryzykownego zamiaru. Jeśli bowiem taki proboszcz będzie jeździł na starych oponach, może roztrzaskać swojego mercedesa, a wtedy a wtedy będzie już zupełnie źle. W dodatku trzeba będzie wspomóc mechanika, a w najgorszym razie nawet zamówić mszę za jego świętej pamięci duszę.
Tak to jest, gdy anioły się buntują.
A najstraszniejsze w tym wszystkim jest to, że nikt najwyraźniej nie dostrzega tego, co się dzieje. Nic nie mówią w radiu ani w telewizji, nic nie piszą w gazetach. Zero reakcji!
Jakby cały świat oślepł.
Weźmy na przykład takiego mojego brata. Czekałem na niego z zegarkiem w ręku 3 godziny i 43 minuty, a on, gdy przyszedł, nie był sam. Przyprowadził ze sobą jakąś dziewczynę, która chyba nawet w świętym wzbudziłaby grzeszne myśli i zamknęli się w jego pokoju. Nie wytrzymałem, wdarłem się do tego przybytku rozpusty i wygarnąłem im, co o tym myślę.
No i teraz nie mam dwóch przednich zębów.
Kolejny dowód na to, że mój anioł stróż mnie zaniedbał.
Nic nie mogę zrobić; samotny, bezradny i szczerbaty czuję narastającą frustrację.
Siedzimy teraz przy obiedzie: zabiegana matka, znudzony ojciec, wściekły do tej pory mój brat i ja.
Tato czyta gazetę. Aby dać wyraz swojej dezaprobaty dla jej treści krzywi się i chrząka, od czasu do czasu dodając do tego niezadowolony pomruk:
– Co też się wyrabia...
– Bo anioły się zbuntowały, tato – wtrącam po którymś z kolei mruknięciu.
– Ho, ho, żona, popatrz, mamy w domu filozofa – śmieje się ojciec, a brat syczy znad talerza:
– Jeszcze słowo, a stracisz resztę zębów...
Nie wracamy więcej do tego tematu.
Po obiedzie mama myje naczynia, tata ogląda telewizję, brat wychodzi, trzaskając drzwiami... Dlaczego nikt nie dostrzega tego, co się dzieje?
Anioły się zbuntowały, świat oszalał, a mój brat właśnie poszedł do tej dziewczyny, gotów jestem się założyć i nic go nie obchodzi to wszystko.
W związku z tym wcale nie dziwię się aniołom. Nic a nic.
Właściwie, to nawet trochę im współczuję.
Są takie biedne.
I pewnie zagubione.
Chciałbym im pomóc, ale nie wiem, jak.
Lecz mimo wszystko jestem rozczarowany postawą mojego anioła stróża.
Bunt buntem, ale ja przez jego do niczego nie prowadzące fanaberie mam złamaną rękę i wybite dwa zęby.
A dzień się jeszcze nie skończył...
Jest dopiero późne popołudnie. Idę do kolegów, ale od nich nawet nie oczekuję zrozumienia. Udaję więc, że zapominam o całej sprawie; miło spędzam czas, uważając tylko, by znowu nie zrobić sobie krzywdy.
Gdy wracam, brat wygląda na odprężonego. Tajemniczy uśmieszek błąka mu się w kącikach ust. Postanawiam skorzystać z okazji. Staję przed nim i mówię szybko, nie patrząc u w oczy:
– Przepraszam, nie chciałem Cię zdenerwować, ale to przez te anioły...
– Spadaj, psycholu – on na to. – I idź do dentysty.
Jest jednak mniej napastliwy niż wcześniej. Wygląda na to, że nic nie jest w stanie popsuć mu jego dobrego nastroju. Uznaję więc sprawę za zamkniętą.
– Chodź tu, filozofie – woła mnie ze śmiechem ojciec. – Co z tymi aniołami? Nadal się boczą?
Mruga porozumiewawczo do mamy. Widzę, że z trudem przychodzi im zachowanie poważnych min.
– Tato, one się zbuntowały, bo nikt się nimi nie interesuje, są takie biedne...
– A mówiłam, żeby tyle telewizji nie oglądał – martwi się mama. – To wszystko przez telewizję i gry komputerowe...
– Nasłuchał się tych idiotów w sutannach i zrobili mu wodę z mózgu – złości się ojciec.
– Kochanie, nie mów tak o księżach...
– Będę mówił, co mi się podoba! Patrz, co oni zrobili naszemu dziecku!
- Nieprawda, to wszystko przez te głupie gry…
Moje odejście nie przerywa dyskusji, przeciwnie – spór się wyostrza.
Nie słucham, uciekam do swojego pokoju i puszczam głośno muzykę, by ich zagłuszyć.
Nawet nie wiem, kiedy usnąłem. Kiedy budzę się rano z głową opartą o blat biurka bolą mnie wszystkie kości, a najbardziej te złamane.
Rodziców już nie ma, brata też. Jestem sam. Może to i dobrze. I tak nikt tego nie (z)rozumie...
Tak to jest, gdy anioły się buntują.
Świat wariuje i nic nie można zrobić.

22.04.2001



Komentuj (7)


Link :: 09.08.2006 :: 08:42

Lustra

Pierdolona gęba... Ester zaciskała mocno powieki, ale to nie pomagało. Podobieństwo było zbyt wyraźne, aby je przeoczyć. Czy matka niczego, do cholery, nie zauważyła?
Przez chwilę zazdrościła jej opanowania. Powoli zaczęła się uspokajać – matka nie jest głupia. Matka wie, co robi... Pewnie czeka na odpowiedni moment.
Cicho zwlokła się ze zdezelowanej kanapy, która skrzypiała przy najlżejszym ruchu. Nie było aż tak ciemno, by była zmuszona poruszać się po omacku. Cicho podkradła się pod sąsiednie łóżko.
Śpi. A pewnie. W ogóle nie zdaje się być świadoma zamieszania, jakie wywołuje jej obecność. Nie chcemy Cię tu! I Ty nie chcesz tu być. To dlaczego tu jesteś? Co mnie obchodzi, że Cię tu przysłali?
Przeklęta twarz...

Już pierwszy dzień utwierdził ja w przekonaniu, że nie udało jej się uciec. Póki nie była sama, wszystko było dobrze. Cisza, spokój. Błogość. Te ściany, beżowe, stare, wręcz antyczne meble, pajęczyna w katach... ale Ester zbiegła na dół na kolację. Nie chciała jej towarzyszyć. Miała dość jej beznadziejnej paplaniny.
Wiatr szalał za oknem, a gdy nie zwróciła na niego większej uwagi, z furią natarł na okno. Brutalnie trzasnął okiennicami... Zanim je zamknęła, zdążyła zauważyć jakąś postać stojącą w znacznej odległości, właściwie ledwo widoczną, na ulicy... postać, która jakby patrzyła właśnie na nią... i jasne punkciki sąsiednich domostw.
Padał deszcz.
Zamknęła okno i spojrzała jeszcze raz – przez brudną, mokrą szybę. Nikogo nie było. Machnęła ręką i stwierdziwszy, że w sumie jest głodna, pobiegła na parter. Jakoś musiała przeboleć fakt, iż okoliczności znowu zmusiły ją do wysłuchiwania potoku licznych, zupełnie niepotrzebnych słów.

– Witaj – powiedziała przyjaźnie ciotka. Vendel ukłoniła się lekko, sama siebie besztając w duchu za ten pretensjonalny gest.
Mamy nadzieję, że mile spędzisz z nami wakacje... To znaczy – czas... Czas wakacji... Ależ oczywiście, ciociu... Na pewno będzie świetnie... Co ja tutaj robię?
Ujrzawszy na stole papierosy wujka – którego jeszcze nie miała (wątpliwej) przyjemności spotkać – doszła do wniosku, że znowu zacznie palić i, skroiwszy jednego papierosa, spaliła go po kryjomu na balkonie.
– To będzie twoje łóżko – Ester wskazała je rzucając na nie jej – Vendel – podróżną torbę i od tego czasu nie przestała gadać.

Wróciła do łóżka. Cały czas padało. Słuchała tej nieustannej napierdalajki deszczu we wszystko, co napotkał na swej drodze. Bębnił w parapet, spływał po szybach, z szumem wylatywał z rynny, zapełniał rowy, tworzył kałuże... I nie chciał przestać. Tak, jak ona nie mogła zapomnieć rysów tej twarzy...
Nerwowo przekręcała się z boku na bok, a łóżko skrzypiało z każdym jej ruchem. Czy to te myśli, czy ten upierdliwy akompaniament nie pozwala(ją) jej zasnąć?

– Do dyspozycji masz cały dom – mówiła ciotka a równie fałszywy, co uprzejmy (lub odwrotnie) uśmiech nie schodził jej z ust. – Ester poinformowała Cię zapewne, gdzie co się znajduje...
– Tak.
– ... i chyba pamiętasz, więc ja Ci tego powtórnie tłumaczyć nie będę. Pozostawiam Ci też pełną swobodę w doborze książek. Zresztą, szczególnie nieprzyzwoitych lektur nie posiadamy...
Skinięcie – potwierdzenie.
– ... odradzałabym Ci tylko strych, ale nie z racji duchów – cha, cha, cha! – Tam po prostu nie ma nic ciekawego. I jest w dodatku bardzo brudno...
– Mhm.
– A gdybyś się nudziła... nie, nie będziesz się nudzić... – ciotka uśmiechnęła się do siebie i wstrętnym, ojcowskim klepnięciem w ramię zakończyła rozmowę, a ściślej swój monolog.
Vendel wzruszyła ramionami.


Nocą jest stanowczo zbyt duszno. Leżała przygnieciona ciężką pierzyną, a pot powoli spływał po jej ciele...
Ester pewnie śpi. Tym lepiej.
Cicho wstała. Tu jest nie do wytrzymania. Jest cała mokra, a ta śmierdząca ciecz cieknie jej chyba z każdego otworka. Otworzyła okno. Odczekała chwilę – pokój ogarnął przyjemny chłód. I zaraz zrobiło się głośniej – pomieszczenie wypełniło cykanie świerszczy.
Ester oddychała miarowo. Jej pierzyna dawno już spoczęła na podłodze, skopana przez sen przez przygniataną nią jej właścicielkę. Podeszła bliżej... Nie, na pewno śpi. Pobiegła do łazienki. Wzięła prysznic. Zimny. Wytarła się swoim ręcznikiem – i podeszła do lustra.
Czy one myślą, że nie widzi ich spojrzeń?
Ich wzrok przeszywa ja na wylot. Najgorzej czuje się w towarzystwie obu, lustrowana z każdej strony.
Dostrzega to, ale nie rozumie.
O co im chodzi?
Twarz jak twarz.
Niczym zaciekawiony ślepiec zaczęła wodzić delikatnie dłońmi po swojej twarzy. Zamknęła oczy.

Ester ocknęła się nagle. Zrobiło się zimno. Zaczęła rozglądać się za pierzyną. Nie podniosła jej jednak z podłogi, gdyż jej uwagę przykuło otwarte na oścież okno – i nieobecność Vendel

Otworzyła oczy.
Wyciągnęła dłoń ku lustru, jakby z nim chciała uczynić to samo. Dłoń zapadła się. Miała przed sobą taką samą twarz... Twarz – lustro. Wyczuwalną. Ciepłą. Usta jej – nie, odbicia – twarzy – otworzyły się. Słowa...

Wstała i wzięła nóż.

Masz iść i robić co Ci przykażę.
Musisz mnie odnaleźć.

Ranek przyniósł wrzask i rozpacz.
Wrzask – furię, nieopanowaną wściekłość ciotki.
Jej nagłe wtargnięcie do pokoju przerwało sen współlokatorek.
– Co to jest? – spytała Ester, gdy Vendel w milczeniu przecierała oczy. Jednak to, z czym przybyła ciotka szybko ją otrzeźwiło.
W ręce ciotki tkwiło martwe ciało kota – jej ulubieńca.
Zakrwawione, poszarpane, bezwładne.
Ciotka wrzeszczała wniebogłosy dobry kwadrans, a potem osunęła się na kolana i zaczęła rozpaczliwie płakać.

Upaćkany krwią nóż spoczywał spokojnie pod poduszką.

* * *

Wujek się zmienił. Schudł, skurczył się, wydłużyła mu się broda, ale uśmiech nadal nie schodził z jego ust.
Pojawił się dopiero po tygodniu. Przywitała go żałoba. Podpuchnięte oczy Ester, która od kilku dni nie przestawała płakać i nie mówiła prawie nic. Dla Vendel była to miła odmiana.
Ale niepokoiła się trochę.
Poza tym stanowczo mniej uwagi poświęcano jej osobie. Czuła się znacznie swobodniej.
– Vendel, szczęście Ty moje! – rubaszny z lekka śmiech wujka zakłócił mile grobową atmosferę domu. Z radością wpadła w jego ramiona i pozwoliła się wyściskać, zapominając o wcześniejszej niechęci.
Posadził ją przy stole, poczęstował papierosem.
Skorzystała.
Rozmawiali sobie wesoło, od czasu do czasu chłostani oburzonymi spojrzeniami ciotki i Ester.
– I tak nie lubiłem tego zasrańca – stwierdził wujek.

Nigdy nie uciekniesz... antyczne meble, beżowe ściany, kurz, pajęczyny w kątach.


Poszła na strych.
Z latarką – w obawie, że włączenie głównego oświetlenia zaalarmuje domowników, którzy jasno dali jej do zrozumienia, że nie życzą sobie, by tam szperała.
To nie ułatwiało jej poszukiwań – tak samo jak świadomość, że ma niewiele czasu. Jeśli się zasiedzi, mogą się zorientować.
I to była jej ostatnia świadoma myśl; przekroczyła próg.

Ta twarz... pajęczyny. Zdjęcia. Dokumenty. Trzeszczące deski. Ostrożnie! Kurz. Wszędzie kurz. I brud. Nie kłamała... ironiczny uśmiech. Musisz mnie znaleźć! Ależ znajdę. Cierpliwości...

(To nie zajęło jej nawet kwadransa. Wiedziała, gdzie i czego szukać. Jest już właściwie wszystko.
I jeszcze coś – nogi – nogi same niosą ją w stronę przeciwległego kąta – jeszcze jedna rzecz.
Najważniejsza.
Lustro.)

Jedno szybko stało się jasne – istota ich spojrzeń...
Imię – Vendel a może Vilandra?
Twarz – ta(ka) sama...

Vilandra! Vilandra!
Nie znacie mnie?
A może nie chcecie pamiętać!
Okrzyknięta ułomną, skalana odrzuceniem.
Za życia przeklęta w każdym wcieleniu, jakie mogłoby ją czekać.
Skazańcy po drugiej stronie lustra...
Śmierć entuzjastycznie przyklaskuje naszym wypaczeniom.

Ester oddychała ciężko – nie z powodu duszności czy ciężkiej pierzyny. Nie. Żadna z tych przyziemnych spraw nie mogła na dłużej przyciągnąć jej uwagi.
Płakała kolejny dzień, ale nie tak histerycznie, jak z początku. Nie miała siły. Łzy powoli spływały jej po policzkach, szyi... nawet ich nie czuła. Zobojętniała. Twarz i szyja poszarzały od brudu i soli. W drżącej ręce ściskała kurczowo kuchenny nóż – duży, okrwawiony...

Vendel podniosła głowę.
– Teraz? – lecz pytanie uleciało w przestrzeń. Nikt nie odpowiedział, ale ona dźwignęła się z łóżka, chwyciła oburącz lustro i wyszła z pokoju.
Ester jak zahipnotyzowana wpatrywała się w nóż, pokryty zakrzepłą, zaschniętą krwią.
Schowała go pod poduszkę i wierciła się, przekręcała z boku na bok, usiłując zasnąć.

Rozłożyła ramiona.
Błysk. Srebrzysta tafla szkła. Rozmyte, zakapturzone postacie.
Wszędzie. Bez twarzy.
Vilandra! Vilandra!
Idźcie w świat!
To Wam nakazuje krwawość mojego imienia!

* * *

Ciotkę pochowano dwa dni później.Chyba nigdy nie zapomni wyrazu jej twarzy – na nabrzmiałej od wylanych niedawno hektolitrów łez masce malowała się okrutna obojętność, pogodzenie z losem. Ale ester była zdeterminowana. Nikt nie wiedział, co sobie myślała, stojąc spokojnie, podczas gdy trumnę zasypywała ziemia. Vendel przyglądała się jej badawczo, wcale nie kryjąc się ze swoim zainteresowaniem.
Uroczystość dobiegła końca – Vendel z wujkiem żegnali wychodzących gości, posyłając im skąpe, uprzejme – tak bardzo do nich nie pasujące – uśmiechy. Później posprzątali w całym domu, zacierając ślady bytności innych osób. Ester znikła gdzieś kilka godzin wcześniej, ale nikt o nią nie pytał. To, że zapewne chce być sama, było najzupełniej zrozumiałe.
Pracy było sporo. Robili sobie przerwy na papierosa, drżącymi rękami odpalając jeden od drugiego.
Wujek starannie ukrywał rozpacz i wzburzenie. Vendel patrzyła na niego współczująco. Naprawdę go lubiła i było jej go żal.
– Zarżnęli ją jak wieprza! – wybuchnął, by zaraz ponownie ucichnąć. – A gdzie jest Ester? – spytał, jakby koniecznie chciał zmienić temat.
– Nie wiem – odparła Vendel. – Gdzieś ją wcięło.
Odwróciła się na chwilę, by opróżnić popielniczkę. Gdy spojrzała ponownie, siedział z twarzą ukrytą w dłoniach.
Wyszła z pokoju.

W łóżku Ester znalazła zakrwawiony nóż. Podły uśmiech wykrzywił jej oblicze. Umyła go w kuchni i odłożyła na miejsce – do przepastnej szuflady.
Ester od kilku godzin nie dawała znaku życia. Wujek od godziny nie zmienił pozycji. Ciotka spoczywała w piachu. Co za wakacje! Cicho przemknęła do łazienki i zaczęła opętańczo się śmiać.

Skazani za życia na wieczne potępienie
Ułomni – jakby na to nie patrzeć – rzeźnicy
Śmierć entuzjastycznie przyklaskuje naszym wypaczeniom.

– Wstawaj – trąciła ją czubkiem buta. Była wściekła. Ester skalała jej sanktuarium i jakkolwiek wcale tego nie świadoma spała sobie w najlepsze na twardej, drewnianej podłodze.
(Strych się cieszył – Vilandra czekała z rozpostartymi ramionami)
Mrucząc pod nosem przekleństwa, przykucnęła nad nią i zaczęła nią potrząsać.
– Obudź się, przecież nie będziesz tu spała...
Ale Ester ani drgnęła, a sztywne i zimne jej ciało nie pozostawiało wątpliwości co do jej stanu.
– Za szybko, cholera, za szybko – szeptała Vendel gorączkowo. Zdezorientowana, szarpała zwłokami jakby w ten sposób chciała przywrócić je do życia. Zabieg był z góry skazany na niepowodzenie. – Czy to ty? – chciała zapytać protoplastki, gdy nagle wzrok jej padł na pół litra wódki i opakowanie po tabletkach. Higienicznie. Czysto. Zdumiała się.
I wtedy przypomniała sobie nóż.
– Myślała, że to ona – kolejna fala szaleńczego śmiechu wstrząsnęła jej ciałem. Uspokoiwszy się, zwlokła trupa za nogi po schodach.

* * *

Vilandra! Vilandra!
Nadszedł czas!
Przeklęte moje imię – plugawa moja twarz...
A Ty – moje odbicie – a Ty to Ja – lustra...
Niesiesz ogień – i spłoniesz.

Teraz!

Zaczęła od piwnicy. Zaryglowała drzwi. Stała pod domem bez ruchu, cierpliwie czekając, aż strawi go ogień.
Najpierw spłonęła Ester. Wujka płomień zastał, gdy spał, przywiązany do fotela.
Wrzeszczał.

Przeklęci jeszcze przed narodzeniem
Potomkowie plugastwa
Ułomni...
Śmierć entuzjastycznie przyklaskuje naszym wypaczeniom.

A gdy ostatnie zdjęcie Vilandry spłonęło
(gdy stłukło się lustro – rozprysło się szkło)
sama obróciła się w pył.

Shemhamforash!
Śmierć.
Ułomność.

Oryginał: 30.O6.1997
Przerobione: 22.10.2001


Komentuj (16)


Link :: 19.07.2006 :: 18:32

Zegar

1.
Szybujemy razem umieszczeni w linii prostej ramion, zataczając niezgrabne koła połamanymi skrzydłami.
Tu na górze nie jest lepiej, tylko chłodno i dużo przestrzeni, wolnej przestrzeni rozciąga się wokół nas zachęcająco.
Tam na dole pozostały ciała – i węzły spajające, które już puściły.
Szybujemy razem pokrakując cicho.
Szybujemy i się zatracamy.

Kiedy jeszcze było ciepło mama przychodziła do mojego pokoju i głaskała mnie po głowie.
Do tej pory mam na czole krwawe ślady
(krwawe smugi po palcach i połamanych paznokciach, które pozornie przypadkowo wrzynały mi się w skórę).
A potem ktoś przesunął wskazówki i była już trumna, którą zasypywała ziemia. I mamy już nie było i pozostało mi tylko obgryzanie paznokci.

Mamy wspólne wspomnienia, siostry i bracia, a przynajmniej podobne, a ich ciężar znacznie obniża nasz lot.

* * *

Najpiękniejsze wiersze pisze się umierając rzekła i wbiła mi nóż w serce i przekręcała nim i kręciła tak ruchem zgodnym z ruchem wskazówek zegara a krew moja krew tryskała jej na twarz niezrażona powtarzała pisz pisz dlaczego nie piszesz ach z radia sączyła się cicho melodyjka oddalała się i jej twarz też jakaś mniej wyraźna i chyba kartka wysunęła mi się z ręki myślę że była rozczarowana...

Brat płakał, gdy to mówił, ale zimny wiatr osuszał miarowymi podmuchami puste oczodoły.
I nie potrzebował mojej pomocy mimo poharatanych kości.

* * *

Mi dane było umrzeć wielokrotnie.
Teraz jestem na czele stada – przywódcą, przewodnikiem, prorokiem...
Nie wiem, komu dziękować za błogosławieństwo bycia przeklętym.

Najpiękniejsze jest to, co wynika z rzeczywistych potrzeb.
Inne, to już tylko chciwość i wyuzdanie.

Padnij na kolana, niewierny – rzekłby Pan, lecz ma zaklejone usta.

* * *

Zanim skonam ponownie, zechciej obdarzyć mnie choć odrobiną cielesnej przyjemności i zetrzyj, proszę, wstręt z twarzy...
Najpierw będę pod spodem, a potem wdrapię się na wierzch pomimo zdecydowanych protestów.

2.
I już jestem na nogach, bo zdarła mnie z posłania Leah, moja niema kobieta.
Gdy jestem obok – ściga mnie wzrokiem i żałuje zapewne, że nie przenika on przez ściany...
Sam nie wiem, co do niej czuję – to jeszcze miłość, czy już przyzwyczajenie? Wciąż się zastanawiam, gładząc jej twarde uda z nadzieją, że może zechce wpuścić mnie do środka.

Gdy będzie już po wszystkim, poproszę, by zrobiła kawę.

* * *

Za każdym razem obiecuję sobie, że ustawię wszystkie tak, by chodziły równo, zsynchronizuję to przeklęte cykanie... I wciąż zapominam. Może się przyzwyczaiłem, a może po prostu zaakceptowałem tą niejednostajność... A i Leah chyba to nie przeszkadzało i najwyraźniej nadal nie przeszkadza, skoro zdecydowała się związać z synem zegarmistrza i ciągle z nim jest.
A może i ona przywykła.

Każdy zegar to osobna historia, moja droga, i na pewno na którymś będzie zapisana nasza.

Leah jęczy bezgłośnie.
A ja zapadam się, zanurzam coraz głębiej i chyba tonę.

* * *

Najpierw zmarła mama, a teraz i z ojcem rozlicza się czas.
Ale wszystko odbywa się zupełnie inaczej, mówią wskazówki prąc wytrwale naprzód i śmiejąc się szyderczo.
Mama była sekundą – niezauważalnym, szybkim przesunięciem się wskazówki po milimetrowym polu.
To było tak dawno, ale jeszcze pamiętam – a jej zegar cyka bardzo wyraźnie, zagłuszając pozostałe, nie pozwalając zapomnieć o swoim istnieniu.
Mama była banalna, bo to tylko wypadek samochodowy.
A i tatę tak arcybanalnie zżera rak.
Przytłacza mnie ta zwyczajność.
Mam nadzieję, że przynajmniej Leah i ja będziemy mieć ciekawą śmierć.

* * *

Moi ptasi bracia, posłuchajcie!
Oto kolejny z nas chce opowiedzieć swoją historię.
A więc słuchajcie, jak i ja słucham – albowiem tylko Wasze posłuszeństwo jest w stanie nasycić kwiat Waszej wiary i mojego zadowolenia.
Bądźcie wytrwali, bracia, i czekajcie, aż uśmiechnie się do nas los.

Leah śpi i kawę robię sam.

* * *

To było jak cios obuchem w głowę. Zobaczyłem ją i padłem na kolana, choć nie uraczyła mnie ani słowem.
Być może chciała, ale to wszystko było tylko drwiną ze strony Matki Natury.
Czasem myślę, że dla kogoś, kto podsłuchiwałby – jeśli by mógł – pod drzwiami, kochając się z Leah brzmiałbym tak, jakbym kochał się sam z sobą.
I pewnie tak właśnie to brzmi.

3.
Lądujemy.
Trzeba się posilić, bracia i siostry, by mieć niezbędną energię do dalszej wędrówki.
Trzeba się pozbyć lęku i niepewności.
Wiara! Musicie wierzyć, bracia i siostry!
Musicie wierzyć – we mnie.

Nie wiem, który to, zastanawiam się, lustrując wzrokiem wszystkie. Który przejmie pamięć po ojcu?
Może ten, który cyka tak flegmatycznie, z wysiłkiem?
A może ten zaraz obok zegara mojej mamy – wielki, majestatyczny – by i po śmierci mogli być blisko?

* * *

Uwielbiam patrzeć, jak Leah tańczy, lecz ostatnio robi to coraz rzadziej.
Wszystko jakoś spowszedniało.

Kiedy ja poznałem miała na sobie niebieską sukienkę.
Teraz nosi się na czarno.

Może to żałoba po straconym czasie?

* * *

Myślę, że Jezus był wariatem.
Ale chciałbym być Jezusem.

Jezusem niemym jak Leah.

* * *

Za pierwszym razem gorące szkło poparzyło mnie w język, a dym do cna wysuszył gardło tak, że nie mogłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku.
A może to dezorientacja odebrała mi glos?
Dookoła rozbrzmiewał śmiech kompanów, chory, nienaturalny rechot, a ja byłem ciężki i leżałem na podłodze w pozycji horyzontalnej, przytłoczony bielą sufitu.

Później było już lepiej.

Było...
Teraz to już nieistotne.

* * *

Ralf powiesił się mając niespełna 19 lat.
Dobrze, że leci z nami.

Patrzę na Leah, podczas, gdy śpi, oddychając głęboko.
Słodkie stworzenie – nie mogę się powstrzymać przed pogłaskaniem grzbietem dłoni jej gładkiego policzka.
Co ja bym bez Ciebie zrobił?

4.
Pan rzekł: podążajcie za mną
i oto stado czarnych ptaków zstąpiło znikąd na ziemię wokół Niego
i głośnym krakaniem sławiło Jego imię we wszystkich zakątkach świata,
by nigdy od Niego nie odstąpić.
A Pan podniósł rękę do góry
i rozstąpiło się niebo
i łaska spłynęła na ułomne zwierzęta.
I ryknął pan gromkim głosem: jam jest ten, który jest
a Wy będziecie dawać mi świadectwo
karać dobrych
i niewierzących
by cały świat drżał przed gniewem Pana swego
przez wszystkie wieki wieków.

Tak bardzo chciałbym, by w chwili uniesienia Leah wykrzyczała moje imię...
Ale ona tylko patrzy na mnie wzrokiem pełnym miłości.

* * *

Za zakrętem czeka Śmierć, ale ten zakręt jest jeszcze daleko przed nami.

Leah, jesteś moja pierwsza i jedyną kobietą – mówię i kłamię.

Leah nie słucha.

* * *

Ciekawe, jak to jest kogoś zabić, myślę, ale boję się spróbować.

Pada deszcz.

* * *

Kiedy zegar się zatrzyma, to znaczy, że jego właściciel – ktoś, kto się z nim duchowo utożsamiał – zmarł.
Zaczyna z powrotem pracować zaraz po pogrzebie, ale od tej pory po swojemu odmierza czas.

To jakby dusze uwięzione w zegarze...
Tak, jak ja jestem przywiązany do Leah – duszą i członkiem.

* * *

Nie miałem nic własnego – nic, czym mógłbym się dzielić – może tylko przemyślenia, których nikt nie chce słuchać.

Ale dobrze jest tak, jak jest.

5.
Mógłbym spytać Cię – Ralf, dlaczego? a Ty musiałbyś odpowiedzieć swemu Panu.

Ale nie spytam – może boję się odpowiedzi?

Leah jest ciepła i przytulna.

* * *

Rano ojciec wszedł do naszego pokoju... ogarnął zmęczonym spojrzeniem pokój, śpiącą Leah i mnie...
I nawet uśmiechnął się leciutko...
ale ten uśmiech niewiele znaczył, zwłaszcza wobec powagi jego słów.
Leah wciąż spała, a ja słuchałem – chłonąłem to, co mówił ojciec – chłonąłem jak gąbka – i wkrótce stałem się przepełniony – nasycony – i pełen zdumienia – ale nic ze mnie nie ubyło mimo szeroko otwartych ust.

Pytał, co będę robił w przyszłości
i dlaczego nie poślubię Leah, nie przypieczętuję naszego związku
a ja nie mogłem na to odrzec nic.

Leah przekręciła się przez sen i uderzyła mnie lekko ciepłym kolanem.

Dlaczego jej nie poślubię?

A potem rzekł: słyszysz cykanie mojego zegara?
Cyka coraz głośniej – alarmująco...
Słuchaj... słyszysz?
Tak, tato...
mówię i nie wiem nawet, że płaczę.

I kiedy już umrę – kontynuował – a bicie zegara zgrało się z jego głosem – ale który to? który?! – nie powiedział... – spalcie moje ciało – skremujcie...

Nie chcę widzieć siebie pożeranego przez robaki.

* * *

Leah obudziła się z krzykiem, a ja wciąż płakałem.
Nie uspokajałem jej, o nic nie pytałem – i ona także nie zainteresowała się moim stanem.

* * *

Ralf zawsze jest na końcu, opuszczony i milczący, jakby skazany na wieczne potępienie – przez kogo? – przez kogo? – przez kogoś, kto kiedyś zajmował moje miejsce.
I w tej chwili też na niego patrzę – jak stoi, tradycyjnie na uboczu – popękanym dziobem rozczesując brudne pióra.
Smutny...

Skalany odwiecznym cierpieniem.

* * *

Leah przytuliła się mocno – kurczowo – do mojego ramienia.
I teraz oboje wsłuchujemy się w cykanie.

To bicie wyznacza nieubłagane nadejście – kroki – Śmierci.

Cyk, cyk, cyk – tup, tup, tup...

Ale to jeszcze nie dziś.

Zostało jeszcze kilka zakrętów.

* * *

Gdybym tylko wiedział, który to – prawdopodobnie zechciałbym zaryzykować i cofnąłbym wskazówki.
Może to by coś dało.

Któryś na pewno trzyma nad nami pieczę – oczekując naszych dusz – ale nie straszy nas jeszcze swoim cykaniem.

Oryginał: 16.05.1998
Przerobione: 17-18.02.2002


Komentuj (26)


Link :: 29.06.2006 :: 08:59

I powiem Ci...

Życie pisze o wiele bardziej zaskakujące scenariusze niż najbardziej wymyślne telenowele, które tak namiętnie oglądałaś, maleńka. I nie masz żadnego przycisku, którym mogłabyś to zatrzymać. Nie przełączysz na inny kanał. Nie masz na to wpływu, złotko.
Oglądasz świat jak przez szybę; Twoje oczy, Twoje zmysły są barierą, która filtruje bodźce, odcienie kolorów, natężenie światła. Kształty, które oglądasz na co dzień, są wykoślawioną lustrzanką samych siebie.
I co? I nic.
Tak po prostu jest, mała.
Nie zmienisz tego. Każda zmiana, każda podjęta terapia jest w istocie inną zaporą.
Nie jest tak, jak myślisz... cokolwiek sobie myślisz. Nic nie wiesz o sobie... a sądzisz, że wiesz wszystko o mnie.
Wiesz to, co powinnaś, myszko. To, co pozwoliłem Ci wiedzieć. To, co chciałem, byś wiedziała.
Najpierw sprawdź siebie. Ja Ciebie już przetestowałem. Wtedy. Dawno temu.
Pamiętasz, jak się poznaliśmy? Ty ciągle wierzysz, że przypadkiem...
Nie ma przypadków, skarbie. Wszystko zależy od sprawności reżysera. Nie, nie od scenariusza. To ściema. Trzeba improwizować. Plany zawodzą.
…może poza moim. Mój nie zawiódł.

Pierwszy raz zobaczyłem Cię przez okno. Zbyt banalnie? Nic na to nie poradzę. Ja widzę to inaczej. Rozświetliłaś blaskiem mój dzień, który był koktajlem zmęczenia, nerwów i stresu. Rozwiałaś trywialność, malutka. Nie mogłem się nie zauroczyć.
Myślę, że Cię szukałem. Nieświadomie. Przeczuwałem, że gdzieś w pobliżu jest coś... jest ktoś, kogo należy szukać. I trzeba znaleźć.
W pracy było strasznie, ani chwili wytchnienia. Gdy dowlokłem się do mieszkania, nie miałem nawet siły zapalić światła. I aż dziw bierze, że nie zwaliłem się ciężko na łóżko zasypiając już locie. Podszedłem za to do okna, o święty paradoksie. Rozsunąłem żaluzje.
Na zewnątrz zapadła już wyczekiwana noc, zalała czernią całą mą niechęć. Mój wzrok poszybował ku ulicy, odruchowo; zdegustowany odbił się ku niebu, ale zatrzymał się w połowie trasy... na Tobie.
Stałaś, półnaga, na środku pokoju. Zdawało się, że tylko cienki materiał koronkowej firanki dzieli mnie od Ciebie. Zapalone w Twym pokoju światło, i to wcale nie wstydliwy poblask lampki nocnej, a jasny i śmiały płomień płynący z żyrandola, czyniły Cię doskonale widoczną. Aż chciało się wyciągnąć rękę... dotknąć. Przekonać się, czy delikatny materiał Twych majtek jest rzeczywiście tak subtelny i nietrwały.
Nacieszyć nie tylko wzrok.
Pamiętam to dokładnie, mała. Rozczesywałaś włosy, których fala swobodnie spływała Ci na odsłonięte ramiona, ruchem płynnym i miękkim. I czyniłaś to... świadomie? Nieświadomie? Tego jednego do tej pory nie udało mi się rozgryźć.
Byłaś tym, czego właśnie potrzebowałem. I miałem to za darmo, za nic, ot, tak, na przypał, na głupa. Trafiło się... Nie wymagało przy tym adoracji, kwiatów, ani monet wrzucanych do specjalnego otworka pod szybką.

Patrzyłem na Twoje show, a w ręce miałem... no, co miałem, maleńka?
Musiałaś być moja.
Plan wyklarował się nad ranem, po wyjątkowo dobrze przespanej nocy, nad świeżą kawą. Łypałem w Twoje okno, wiesz? Raz po raz... jak jaki idiota.
Zanurzony w tym cholernym banale, w tym niemalże podręcznikowym zadurzeniu (czy może obsesji...?) nie mogłem się skupić na niczym; soliłem herbatę, a cokolwiek chwytałem, leciało mi z rąk.
Dzień stał się ciągłym wyczekiwaniem nocy. Noc była zbyt krótka. Obserwowałem Cię tak jeszcze kilka wieczorów z rzędu, zanim przedsięwziąłem ustalone już kroki. Patrzyłem i tonąłem.

Myślisz, że spotkaliśmy się dziwnym zbiegiem okoliczności?
Okoliczności zbiegły się, bo ja tak chciałem.
Nic ponadto.
I wcale nie było trudno wpaść na Ciebie, potrącić Cię „niechcący” wysuniętym łokciem. Twoja bliskość podziałała oszałamiająco; te oczy, jakże wielkie, ślicznie zdziwione, wyczekiwana miękkość piersi.
Przecież Cię obserwowałem. Śledziłem. Znałem Twe nawyki. Wiedziałem, gdzie bywasz.
Wystarczyło tylko pójść i... zacząć. Z Twoją nieoczekiwaną pełną współpracą. Zbliżać się, poznawać. Poznając, zwodzić.
Lubiłem się tak z Tobą bawić. Bawić w złudzenia. W pozory. Jak Ty wszystko chwytasz, łapiesz, wchłaniasz... Mój Kondensatorze Pragnień.

Cel był jeden, upragniony. Całkowite zespolenie.
Nie czekałem długo.
Dotykałem tak, byś czuła iskry.
Byś sama prosiła o jeszcze i jeszcze.

Lubiłaś prowokować, by wykrzesać ze mnie wszystko. Wiłaś się pode mną jak gniazdo węży, a Twoja lśniąca skóra mieniła się niczym łuski.
I ja kochałem gwałtownie, bo chciałem zadusić.

Otwierałaś przede mną przestworza.
Wnikałem w czarne przestrzenie nieboskłonu.
Gwiazdy spadały na mnie.

Zasypiałaś, a ja wymykałem się ukradkiem. Zawsze tak samo. Twoje chmurne spojrzenie zza lekko zmarszczonych brwi... witało mnie potem, każdorazowo. Gubiłaś się w grze, nie znając reguł, które przyjmowałaś za swoje.

Chcę kiedyś odnaleźć się w Tobie tak, byś przestała istnieć.
Kiedy w końcu zrozumiesz, mała…
Bo to nie jest takie oczywiste, tak łatwe do zamknięcia w szczelne ramki, do nazwania jednym rzekomo trafnym słowem. Uczucia, emocje ludzkie są jednym, na co nie ma z góry określonego przepisu, a tak zwana miłość często chadza w parze z instynktowną niechęcią. Gdzieś tam w środku my wszyscy lubimy, a zarazem nie znosimy być zniewalani. Sama się domyśl, dlaczego...

Czasami nie wiem, czego jest więcej.

Śpij, maleńka. Choć to nie pierwsza nasza wspólna noc, nie umniejsza to jej wyjątkowości. Któż zaręczy, że będzie jeszcze choćby jedna? Że dotrwamy jutra? Nie odpowiadam za siebie. Nie odpowiadam za Ciebie. Nie odpowiadam za nic.

Nie wiem, co będzie.

Dziś, gdy obudziłem się u Twego boku, ciepłego, gładkiego i pachnącego konwaliami, w głowie znienacka powstała myśl, że chciałbym budzić się tak, obok Ciebie, codziennie.
Głupia myśl.

15.06.2006


Komentuj (18)


Link :: 08.06.2006 :: 08:11

Wiosna


Wracam tam. W przeszłość, która ciągle we mnie tkwi.
Która ciągle biegnie swoim torem, równoległym do teraźniejszości.
Która wciąż ma znaczenie, wciąż jest... we mnie.


Chabry za oknem, dni o smaku czereśni...
Tam, gdzie mieszkałyśmy, wiosna była każdego dnia.
I ja każdego dnia rodziłam się na nowo.

Dzieciństwo wśród zieleni. Aromat obwieszonej ziołami i suszonymi grzybami kuchni.
Wypielęgnowany jej spracowanymi dłońmi ogród. Jej ogród, co później zwykła podkreślać. Nie powinnam go kalać... samą swoją obecnością.
Zanim to wszystko się stało, żyłyśmy w doskonałej symbiozie. Symbiozie potrzeb i pozorów. Miałyśmy tylko siebie.

Tylko my dwie i piętrowy dom.
Nasz dom... zabłąkany wśród drzew i kwiatów przypadkowy przechodzień.


Swiat rozmywał się, odchodził, w ciężkich, urywanych tonach.
Ciepło jej uśmiechu, barw, słońca rozlewającego się na niebie, zapachy przecinające powietrze jak żarzące się pręty; jaśmin, bez, przekwitła jabłoń.

Czas miał swój własny, pulsujący rytm.


Był jeden dzień, który pachniał makiem. Makiem czerwonym jak krew.
Znalazłam tę łąkę przypadkiem. Dzika, obrosła perzem, w jakiś pierwotny, nieokiełznany sposób fascynująca i piękna.
Szłam, bo lubiłam iść przed siebie bezmyślnie i bezcelowo. Wiosna przystroiła całą wieś zielenią przetykaną plamkami złota, różu, błękitu głębszego niźli niebo, czerwienią mego ukochanego maku i dzikich róż. Chłonęłam wszystko wszelkimi zmysłami. Zatracałam się w patrzeniu.
Dzieci z sąsiedztwa, równie znudzone codziennością, szukające wrażeń, których sedna nie były w stanie określić. Gdy szłam tam ponownie wzięłam je ze sobą. Tonęliśmy w słońcu. Szukaliśmy konwalii.
To wtedy dłoń sięgająca po delikatne płatki stokrotek natrafiła na kłujący oset.
A może to były ich słowa?
Te słowa, które wdarły się we mnie jak rwąca fala w głąb lądu, siejąc spustoszenie i śmierć.
Niesiona prądem, podpłynęłam aż po źródło.

Pamiętam... wtedy pierwszy raz dostałam w twarz. Policzek zaczerwienił się jak późnowiosenny mak.
- Mamusiu... czy to prawda, że się kurwisz?

Wtedy nie rozumiałam, że dzieci są wizytówką rodziców, ich koślawym odzwierciedleniem, kubłem na emocjonalne pomyje, kalką, odtwarzająca wiernie wszystko, co się im wpoi.
Nie wiedziałam, że echa naszego bytowania rozlewają się oleiście nad całą wsią, wpływają przez parapety i szczeliny w framugach, docierają do uszu, a potem, przeinaczone, przechodzą z ust do ust.

Nie wiedziałam, że zawsze jesteśmy na czyichś wargach.
Wargach, które wiedzą lepiej.


W naszym domu brakowało mężczyzny.
Męskiego ciała, męskiego głosu. Męskiej ręki.
Szczypty pożądanej męskości.

To czyniło nas gorszymi.
Głodne, wyczekujące. Spragnione, stęsknione...
Wytykane palcami.
Te - których - nie - chciał - nikt.
Tak mówili. Bo tylko ich racje są słuszne.


Może poddając się bezwolnie ich normom i oczekiwaniom, a może z własnej woli, z tego dojmującego, odwiecznego nienasycenia, matka była latarnią morską, której światło błyskało zagubionym marynarzom w czasie sztormu.
Dlatego żaden nie rozbił się nigdy o jej brzeg.

Potencjalny rozbitek zastałby powitany z nadzieją i radością; jak książę, który raczył powrócić na swój dwór - choćby okazał się najgorszym łachmaniarzem.
Dlatego przychodzili ochoczo, równie ochoczo odchodząc.
Matka ma, przystań, gościła ich wszystkich ciepło i chętnie, uśmiechem i strawą, życzliwie rozkładała nogi.
Jeden po drugim przypływał i odpływał do i od naszego przytułku, a każdy następny odzwierciedlał narastającą desperację. Coraz mniej szczegółów wizualnych, społecznych, finansowych i cywilnych miało znaczenie.
Potem... nie miało go właściwie nic.
Po prostu bądź, jak śpiewał gdzieś ktoś.

Z każdym kolejnym coraz bardziej miłowałam samotność.

Aż nadszedł On.


Pojawił się znienacka, choć w gruncie rzeczy zawsze był.
Na zatłoczonych ulicach samochody mijają się często, a gdy dochodzi do kolizji, rozwarte zdumieniem oczy widzianą setki razy osobą dostrzegają pierwszy raz.
Spojrzenie i okrzyk; rozszerzone źrenice wchłaniają w głąb siebie obraz i więżą go, nie pozwalając mu się wydostać.

Był mi tak rozkosznie obojętny, tak cudownie nieistotny, tak wspaniale niepotrzebny... tak dalece, że ledwo zdawałam sobie sprawę z jego istnienia. I pewna jestem, że póki wygłodniała kobiecość matki mej nie wyłowiła go z jego samego, z tej skorupy nie - istnienia, ona także miała bielmo na oczach.

Zaistniał. W jej oczach. W niej.


Nadszedł, a noc ponownie rozbrzmiała dźwiękami.
Musiał być wybitnym wirtuozem, bowiem rozstrojony instrument jej ciała zaczął nareszcie grać czysto i spójnie.

Znowu odsunięta na bok, w ciemną nicość samotnych nocy. Ja, córka jednego z ulotnych wspomnień, których imię dawno zatarł czas.
Wsłuchana w melodie jęków księżycowych patrzyłam, jak ciemność pożera mi ręce.
Pochłania kawałek po kawałku.

Niech mówią, że to miłość.
To tylko głód.


Trwaliśmy. Czas zwolnił bieg.
Stracił znaczenie.

A ja patrzyłam łapczywie. Pożerałam oczami. Oto bowiem było coś, co należało tylko do niej.
Nieosiągalne; swoje, lecz obce.
Wyciągając ręce natrafiałam na pustkę.
Aż oswoiłam się z pragnieniem.
Zakrzepło we mnie.
Czekało.

Nauczyłam się brać. Z pierwszą kroplą skradzionej krwi, z przebiegle przejmowanym pokarmem, z chciwie wysysanym mlekiem z jej więdnących piersi instynktownie pojmowałam, że każde pragnienie da się zaspokoić, że istnieje nieskończona mnogość sposobów, by nasycić głód. A najlepiej, najpełniej smakuje to, co zostało komuś odebrane.


Zagubiony w naszym ogrodzie, naturalnym sposobem całe swoje zainteresowanie skupił na tym, co od razu było widoczne. Nie można było nie zauważyć manifestacji jej obecności. Matka ma... wielka jabłoń, piękna w swej dojrzałości. Zauroczony nie dostrzegł, że gałęzie jej coraz bardziej skłaniają się ku ziemi, w korze płynie zaś coraz mniej żywotnych soków. Nie widział, że to, co mu przeznaczone, spokojnie kiełkuje w jej cieniu.

Tak mała, że nim dojrzał, omal mnie nie rozdeptał.

Pączkująca głodem.
Rosłam.


W moją szesnastą wiosnę przyszedł do mnie z pierwszym powiewem zakwitłego bzu... wkradł się, wsunął cichcem, jak złodziej. Ale czyż nie był nim? Ukradł to, co powinnam oddać z większą samoświadomością, miast cieszyć się, że ktokolwiek mnie rabuje. Że to on, który przecież miał być tylko jej...
Każdy jego ruch potwierdzał oszałamiające poczucie wygranej. To chyba właśnie ono, a nie sam akt odurzało mnie tak silnie... potęgowało doznania, aż dotarłam na sam szczyt, po raz pierwszy i jedyny w życiu.
Wzywałam ją w myślach... przyjdź, zobacz, co robimy, no chodź... Spójrz, mamo...!, podczas, gdy on wytrwale usiłował zadźgać mnie na śmierć.

Potem nie czułam już nic, kiedy mnie brał; a robił to często, właściwie przy każdej nadarzającej się okazji, których nie brakowało. Szeptał mi do ucha dzikie wyznania o tym, jak go kuszę, ja zła, ja zepsuta, a im częściej to mówił, tym więcej miał racji; moje rozkołysane biodra aż kipiały od wyczekiwania jego kolejnej wizyty, piersi nabrzmiały zniecierpliwieniem. Rosłam pod jego łapczywymi dłońmi, kwitłam i wydawałam owoce.

W końcu nas nakryła, ale wtedy nie miało to już znaczenia.
Potrawy, które powinno spożywać się na gorąco, po wystygnięciu są mdłe.


Zmieniło się wszystko.
Kwiaty w ogrodzie obumarły, zapomniane, zaniedbane.
Tylko ja, ostatni kwiat maku na zapuszczonej łące.
Brzemienna w owoc jego.


A wiosną znów zazielenią się łąki, zakwitną maki, chabry odurzą zapachem. Wraz ze stopniałym śniegiem, który ściekiem zapełni wszelkie wyrwy i doły, wypłynie na powierzchnię cały skrzętnie skrywany brud.

Jak co roku...

07.06.2006


Komentuj (24)


KSIEGA GOŚCI

  • dodaj
  • oglądaj
  • A r c h i w u m


    [Louie][Skrzydła][Psy][Szeptem][Klatka][Sen#1][Strach...][Dzień...][Opętanie]
    [Król Popiel][Zatracenie][Zatrzymać Wiatr]
    [Z jednej krwi]
    [Aeternum Somnia]
    [Ostatnie Kuszenie][Drzwi]
    [Miasto Wampirów]
    [I powiem Ci...]
    [Zegar][Lustra][Rebelia w Niebie][Mucha]
    [7 dni po końcu świata]
    [Drewno][Cienie...]

    PISMO ŚNIĘTE
    [Dzieje Joula, wiernego sługi Bachusa]

    I II III ...

    A R Y E
    I II III IV

    P o z o s t a ł e
    [-][+][...]
    [Całujcie...][!][Zamkniętymi...]
    [?][Epitafium]
    [#]


    o w n l o g
    | Rage | Azach | Pszczółka | Lady Karen | Adi |
    | Nadia | Nadia again ;) | paperCut | Moritura | Swellow | Leniwiec |
    | Biały Kamień | Leniwe Pierogi | (Baba? ;) Jaga | Jaga again ;] |
    | Ptak Nakrecacz | Ptak again ;) | Delusion | Ignis Fatuus |
    | Sur-Le-Pont | Whisper | My Way To Life | Wind |
  • Designed by Lady Karen
  • Content by Whiro
  • Based on Art by Dem0nic